wtorek, marca 31, 2015

#KONIEC WAKACJI

Koniec wakacji - rzekła Lidka i dziarsko wstała o 7 w nocy!


Początek mojej pracy przypadł akurat na poniedziałek. Jeżeli chodzi o drogę do pracy, mam dwie opcje. Pociąg + autobus lub pociąg + prom. I zgadnijcie, którą drogę wybieram :) Tak, do pracy pływam promem i za każdym razem mogę podziwiać operę i Harbour Bridge :)

 Moja furka :)


 Na miejscu spotkałam się z Martą, pokazała mi co i jak i zaprowadziła do restauracji:) Jedynym Australijczykiem (wśród współpracowników), jakiego spotkałam jest Andrew - czyli nasz manager. Reszta załogi pochodzi z najróżniejszych stron świata. Andrew mówi oczywiście po angielsku, ale jest dla nas wyrozumiały i to nie jest magiczny australijski angielski, tylko taki bardziej nasz:)
Co by tu napisać o pracy... Było super. Co prawda, udało mi się popełnić kilka błędów, ale pracuję w miejscu, gdzie nikt się nie wścieka, tylko spokojnie tłumaczy, poprawia i nie robi problemów :) Po pracy czekał na mnie Wojtek na naszym przystanku autobusowym, który wygląda tak:
:):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):)
Dzisiaj z kolei pracowałam z dwiema Czeszkami - Ewą i Zuzanną. Ale od początku.
Kiedy dotarłam do ZOO, strasznie padało. Niesamowicie padało...

No ale pracować trzeba, więc przebrałam się i wyszłam z budynku socjalnego, żeby powędrować przez ZOO do restauracji. I tu pojawił się problem. Droga (jak na taki deszcz) z punktu A do punktu B była zbyt długa, żeby moje super buty pracownicze to przeżyły w taką ulewę. Więc... przyjechał po mnie mój osobisty kierowca!!!!!




No i wyobraźcie sobie minę dziewczyn z restauracji, kiedy zobaczyły, jak nowa kelnerka wiezie się z magazynierem furką do pracy. Od razu zapytały kto i dlaczego mnie przywiózł. I wtedy właśnie dowiedziały się, że Wojtek to mój mężczyzna :)

Co do pracy z Ewą i Zuzanną - całe szczęście, że nasze języki są podobne. Jak nie mogłyśmy się dogadać po angielsku, to ja mówiłam po polsku, Zuzanna po czesku i co najlepsze - doskonale się rozumiałyśmy :) Sama praca - jak to praca. Kelnerka sadza ludzi przy stoliku, daje menu, zbiera zamówienia, wklepuje w komputer, odbiera je z kuchni, zanosi gościom, drukuje rachunek, sprząta. Normalne obowiązki, ale należy nadmienić, że:
1) praca idzie dużo lepiej w miłym towarzystwie
2) goście są niesamowicie mili, szczególnie Australijczycy, którzy często pytają skąd jesteśmy (chyba zdradza nas akcent;)
3) restauracja nie bez powodu nazywa się WIDOK. Z okien przepięknie widać operę i centrum Sydney :)
4) to jest ZOO!!! Więc każdego dnia mogę oglądać moje ukochane wombaty :)Dzisiaj niestety spały, co nie jest dziwne, bo przesypiają 16 godzin w ciągu doby, ale jestem pewna, że jeśli będę je odwiedzać dostatecznie często - w końcu trafię na wybudzone pysiaczki! Co prawda dzisiaj jeden z nich się przebudził, ale zdążył tylko podrapać się po zadku i znów zapadł w sen... na siedząco :)
Niestety zdjęcia przez szybę, przy słabym świetle i bez możliwości użycia lampy nie są zbyt wyraźne, dlatego do zdjęcia załączam małą ściągę:

Oprócz wombatów odwiedziliśmy dziś kangury i fokę :)


Podsumowując, praca jest super! Jak na pierwszą pracę w Sydney (przed podjęciem pracy w zawodzie) - lepiej trafić chyba nie mogłam:)

Lidka

2 komentarze:

  1. Jak to czytam mam coraz większą ochotę wszystko pizgnąć i jechać na drugi koniec świata

    OdpowiedzUsuń