niedziela, marca 06, 2016

# FILIPKI W NOWEJ ZELANDII CZ. 1


2 tygodnie, 2 osoby, 5 tysięcy kilometrów, 5 tysięcy zdjęć. Czyli wakacje w Nowej Zelandii.

Dzisiaj zaczynami cykl wpisów o naszych wyczekanych wakacjach w Nowej Zelandii. Będą zdjęcia, opisy przygód, pięknych miejsc, ciekawostki, ale również garść rad praktycznych dla naszych czytelników. Nie jesteśmy w stanie powiedzieć na ile wpisów podzielimy nasze wakacje, ale możemy Wam zagwarantować, że w każdym pojawią się przygody rodem z Hobbita. Wiedzieliśmy, że Nowa Zelandia jest piękna, ale nie mieliśmy pojęcia, że aż tak.
Zaczęliśmy standardowo od samolotu, do którego wsiedliśmy jak zawsze z samego rana (no bo po co tracić pół dnia urlopu!).
Lotnisko w Auckland miło nas przywitało :)

Trzeba przyznać, że lotnisko w Auckland wie, jak wywołać uśmiech na twarzach turystów. Tutaj wielki Krasnolud z napisem "Wypożyczony ze Śródziemia". Nie lada gratka dla fanów Władcy Pierścieni i Hobbita. 
W Auckland byliśmy 16.02 około południa. Nasz plan zakładał przelot do Queenstown (wyspa południowa) następnego dnia rano, wynajęcie auta i rozpoczęcie przygody. Ale przygoda zaczęła się chwilę wcześniej. Najpierw musieliśmy coś ze sobą zrobić prze kolejnych kilkanaście godzin. Postanowiliśmy wybrać się do centrum Auckland i znaleźć coś do zjedzenia. I tak znaleźliśmy się w Papatoetoe. Znaleźliśmy naszą ulubioną pizzerię Domino's z przepyszną pizzą za 5$, co ucieszyło nas niezmiernie. A Papatoetoe... cóż... tego dnia rozpoczęła się nasza zabawa z łamaniem języka na maoryskich nazwach miejscowości.
Pizza była... Co by tu porobić... Jak Nowa Zelandia to rugby - czyli sport dla prawdziwych twardzieli. Ale nie ma co marzyć, akurat żadnego meczu nie było, a nawet jeśli, to plan naszej wycieczki nie przewidywał tego typu rozrywek (mamy na myśli płatne atrakcje). Więc kupiliśmy sobie po nowozelandzkim piwku i poszliśmy do najbliższego parku.
Niby nuda ale szczęśliwie trafiliśmy na amatorski turniej rugby. Prawdziwego rugby, gdzie prawie wszyscy gracze to Maorysi. Było na co popatrzeć! Więc już całkiem nieźle się zaczęło.

Siedząc na ławeczce spotkaliśmy przechodzącą starszą parę Nowozelandczyków. Od tego miejsca Nowozelandczyków będziemy nazywać Kiwi. Bo oni uwielbiają, kiedy się ich tak nazywa. Są dumni ze swojego obywatelstwa i sami chętnie mówią o sobie "Kiwi". Ale wracając - nasza spotkana para Kiwi postanowiła z nami porozmawiać. Kiedy zobaczyli dwoje dziwnych ludzi, siedzących w parku z wielkimi plecakami, popijających piwko, od razu odgadli, że jesteśmy turystami. Zapytali jak nam się podoba, a kiedy dowiedzieli się, że ostatni rok spędziliśmy w Australii, powiedzieli "O niee, Nowa Zelandia jest dużo ładniejsza niż Australia, prawda? My tu mamy wszędzie zielono, jest ładnie, nie jest tak gorąco, a w ogóle Australia to jest przereklamowana, bo tam wszędzie jest sucho, zero zieleni i gorąco. Nowa Zelandia jest najlepsza na świecie". Nie śmieliśmy protestować, ale to był pierwszy raz, kiedy zauważyliśmy, jak bardzo Kiwi są dumni ze swojego kraju. Dokończyliśmy piwko i musieliśmy wracać na lotnisko, aby spędzić tam noc i rano polecieć do Queenstown. Na krajowym lotnisku w Auckland znaleźliśmy idealne miejsce do przetrwania - wnęka, dywan, nawet gniazdko z prądem. Aaaale lotnisko zamykane jest zaraz po wylądowaniu ostatniego samolotu i musieliśmy się przenieść na lotnisko międzynarodowe. No worries - całodobowe lotnisko to i prąd się znajdzie, żeby podładować telefony :)
Wojtek uparcie twierdzi, że Lidka jest najpiękniejszą dżdżowniczką na tym poletku :) Podłoga była całkiem wygodna, następne dwa tygodnie mieliśmy spędzić w "podróży w naszym stylu", a co za tym idzie sypiać w aucie (osobówka), a jeśli pogoda pozwoli, to w namiocie. Nie było źle.
Rada praktyczna: Jeśli chcecie spać na lotnisku w Auckland, od razu idźcie na międzynarodowe. Dzięki temu skrócicie czas poszukiwania dobrego miejsca z dostępem do dywanu i prądu :)
Nazajutrz wsiedliśmy w kolejny samolot i polecieliśmy na południową wyspę, czyli do Queenstown. I już z samolotu widoki zapierały dech w piersiach!




 Odebraliśmy auto, zrobiliśmy zakupy na najbliższe dni i ruszyliśmy ku przygodzie!
 "- Bardzo ładnie - powiedział Gandalf. - Ale nie mam dziś czasu na puszczanie kółek z dymu. Szukam kogoś, kto by zechciał wziąć udział w przygodzie, to znaczy w wyprawie, którą właśnie przygotowuję; bardzo trudno kogoś takiego znaleźć.
- Ja myślę, że trudno! W naszych stronach! My tu jesteśmy naród prosty i spokojny, nie potrzeba nam przygód. Przygody! To znaczy: nieprzyjemności, zburzony spokój, brak wygód. Przez takie rzeczy można się spóźnić na obiad. Nie pojmuję, co się w tym komuś może podobać - rzekł nasz pan Baggins, zatknął wielki palec lewej ręki za wycięcie kamizelki pod pachą i wypuścił drugi z kolei, jeszcze większy pierścionek dymu."
My, w przeciwieństwie do Bilbo Bagginsa, bez gadania zgodziliśmy się na przygody, które niejednokrotnie spowodowały spóźnienie się na obiad, czasem też na kolację. Nie raz się ubrudziliśmy po pas, a potem kąpaliśmy w morzu. Samochód był dla nas sypialnią, garderobą, jadalnią, schowkiem na puszki przepysznej fasoli, suszarką na pranie i przy okazji środkiem transportu. Ale zaczęło się!
Pierwsza trasa miała zaprowadzić nas nad jezioro Tekapo, gdzie można obserwować gwiazdy, migoczące na tle idealnie czarnego nieba.
Rada praktyczna: będąc w Nowej Zelandii i planując trasę, ZAWSZE do przewidywanego przez google czasu przejazdu, należy dodać co najmniej 20%. A dlaczego?
Widoczki!
 Lidka z widoczkami...
 ...Wojtek z widoczkami...
 ... i nasz wehikuł z widoczkami!
Widoczki są WSZĘDZIE. Najchętniej zatrzymywalibyśmy się na każdym możliwy zjeździe, żeby obfotografować piękno Nowej Zelandii.



Dojechaliśmy do jeziora Wanaka (pierwsze nadprogramowe miejsce - Lidka nawigowała) - nasz pierwszy biwakowy obiad. Była puszka fasoli, chleb z keczupem i konieczny ekwipunek, czyli nóż do otwierania puszek. Nożowi jednak nie było dane towarzyszyć nam zbyt długo, ponieważ po pierwszym obiedzie zostawiliśmy go na ławce przy jeziorze Wanaka. No cóż, jest biwak, są straty. Wojtek zgubił nóż, a chwilę potem Lidce udało się zgubić nasz jedyny długopis, który miał nam służyć do pisania "dzienniczka", który to z kolei miał nam ułatwić pisanie bloga...
Ale w całym tym szaleństwie zagubienia, Wojtek nie zagubił swojego zamiłowania do kąpania się w każdym możliwym miejscu...
Pierwsza kąpiel - jezioro Wanaka.
Lidka zrezygnowała z kąpieli, z powodu nadchodzącej ulewy. Wojtek był twardy!
Posileni, lżejsi o nóż i długopis, wyruszyliśmy w dalszą drogę.
Nie jest tajemnicą, że w oglądaniu gwiazd nad wyraz ważnym jest bezchmurne niebo, więc odpuściliśmy jezioro Tekapo i postanowiliśmy pojechać do pierwszego lepszego miejsca, w którym można biwakować. Na mapie zobaczyliśmy jezioro, które opisane było jako jeszcze bardziej malownicze, niż Tekapo, to dlaczego nie? Jedziemy do Pukaki!
 I znaleźliśmy! Około 45 km przed Tekapo znaleźliśmy całkiem malownicze jeziorko. Wyczytaliśmy, że podczas ładnej pogody siedząc przy jeziorze można zobaczyć najwyższy szczyt Nowej Zelandii, czyli Górę Cooka (w języku Maorysów Aoraki).
Jako, że było bardzo wietrznie, Wojtek postanowił włożyć swoją świeżo zakupioną kurtkę...
... która okazała się spodniami. Nigdy nie wierzcie w kurtki zawinięte w malutkie pokrowce wielkości portfela. Poszliśmy więc na spacer bez kurtek. Tzn Wojtek bo Lidka jeszcze nie zdążyła zgubić w Australii swojej kurtki przeciwdeszczowej...
 Błękitny kolor jezioro zawdzięcza minerałom, kruszonym przez sunące jęzory lodowca Tasmana i wypłukiwanym podczas ich topnienia. Poniższe zdjęcia nie zaznały żadnych obróbek graficznych. To jezioro rzeczywiście ma taki kolor :)




 Wojtek rozłożył nasz rewelacyjny namiot (12$).
Okazało się że okienko otwiera się z góry do dołu... projektant nie pomyślał, ale inżynierowie pomyśleli i okienko zakleili izolacją.
 Nasza sypialnia na tle jeziora Pukaki i pięknych gór.
 Kolacja na skałkach.
A po kolacji zrobiliśmy sobie turniej w bule, używając do tego znalezionych kamieni. Walka była zacięta, ale koniec końców Lidka wygrała 3:3;)
A co do gubienia - w Pukaki zgubiliśmy 2,25 l coca-coli...
 I poranek. Zaklejone okienko nie pomogło. W nocy była niesamowita ulewa, która niestety wygoniła nas do samochodu. Poranek był baaaardzo wietrzny, co widać po Lidki kreacji...
 Wietrznie, mroźno, ale przecudnie!!!
Na następny dzień zaplanowaliśmy trasę do Moeraki (gdzie mieszkała Aga - pamiętacie, snorklowała z nami, ale Aga już zdążyła się stamtąd przenieść, co niezbyt nas zdziwiło. Aga jest wszędzie!)
Lidka była nawigatorem (dzięki czemu zrobiliśmy kilkadziesiąt "ekstra" kilometrów). A nawigowanie w Nowej Zelandii nie jest proste.
"Jak wjedziemy do Omaramy, to trzeba skręcić w prawo na Otematata. Potem długo prosto i o! o! Oteiakeke!"
Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej i zobaczyliśmy coś, co zrozumieliśmy dopiero po kilku dniach. A był to regał z płytami CD i podpisem "wybierz rozważnie". Trochę dziwne. Ale tego dnia przekonaliśmy się, że to nie tylko w stanie Canterbury nie można znaleźć radia... Więc jeśli zamierzacie przemierzać Nową Zelandię samochodem, polecamy zaopatrzeć się we własne źródła muzyki, bo radio odbiera tylko w okolicach, Queenstown i w Picton (na pożegnanie dla tych, którzy wybierają się promem do Wellington).
Tutaj należy nadmienić, że w Nowej Zelandii widzieliśmy zdecydowanie więcej owiec, niż ludzi...
Po drodze znaleźliśmy miejsce, w którym można znaleźć maoryskie rysunki na skałach.
A co nas ciągnęło do Moeraki? Wielkie niemal idealnie symetryczne kuliste głazy, rozsypane po plaży. Wojtek wdrapał się na głazy...
...
 ... Lidka wdrapała się na głazy...
 ... Wojtek użyczył ramienia dla Pani, która też postanowiła się wdrapać na głazy.
 Według maoryskiej legendy, Moeraki Boulders były kiedyś koszami do przewożenia żywności na kajaku Araiteuru, który rozbił się, a kosze zamieniły się w okrągłe głazy. Według geologów było trochę inaczej, ale nie zdołali jeszcze ustalić wspólnej wersji dla powstania głazów. Znaleźliśmy jeden taki, który był już nadszarpnięty czasem. Wojtek wszedł pierwszy. Bez trudu, praktycznie suchą nogą.
 No to Lidka też idzie. Oczywiście odczekała chwilę, aż fale odejdą i ruszyła... w tym samym momencie, w którym następna fala zmywała brzeg.
 Ale udało się, nogi mokre tylko do połowy uda.
 Piękne pozowane zdjęcie. Udało się, wszystko jest super.
 Było super. W efekcie Lidka została zmyta od stóp do głów. Ale z głazu nie spadła!
 Zadowoleni wracamy do domu. Yyy... do auta
Rada praktyczna: wybierając się na Moeraki, nie zastanawiajcie się nad butami. Japonki będą ok. Strój kąpielowy/kąpielówki też. Dzięki temu unikniecie zagwózdki "hmm... jakby tu wysuszyc ubrania?".
I jedziemy na koniec świata. Dosłowny koniec świata czyli Bluff.

Te małe białe punkciki to oczywiscie owce :) Ale owce w krainie Kiwi są spoko - nikt nie zakłada im mosiężnych dzwonków na szyje, dzięki czemu zbłąkani turyści mogą w nocy pospać :)
 Po drodze na najbardziej wysunięty na południe punkt Nowej Zelandii odwiedziliśmy naszą ulubioną pizzerię.
 Tak poważnie to Bluff jest najdalej na południe wysuniętym punktem Nowej Zelandii. Dalej jest już tylko Wyspa Stewarta, zamieszkała przez zaledwie 400 osób, a potem to już tylko Antarktyda. Na Bluff znajduje się znak z kierunkowskazami na wiele miejsc na świecie, między innymi Sydney, oddalone o 2 tysiące kilometrów. No już dalej się nie da!
Rada praktyczna: na wycieczkę do Nowej Zelandii polecamy zakupić preparat o wdzięcznej nazwie "Good bye sandfly. Sandfly to typ muszki, nieco większej od owocówki, która jak ugryzie, to swędzi przez tydzień. Komar przy tym to mały pikuś. Nawet jak już masz wrażenie, że przestało swędzieć, to na drugi dzień znowu to samo. Wspomniane muszki nieźle dały nam w kość na Bluff (a potem także w innych miejscach).
 Jeszcze tego samego dnia postanowiliśmy pojechać na Kelper Track, czyli 60 km szlak górski we Fiordlandzie. Plan był taki, że około 22 dojeżdżamy na początek szlaku, na parkingu spędzamy noc w aucie i z rana ruszamy na szlak. Zarezerwowaliśmy sobie nocleg w chatce w połowie szlaku i zaczęliśmy się pakować. Po 5 minutach nadjechał samochód z Department of Conservation (czyli coś w rodzaju wydziału ochrony przyrody nowozelandzkiej) i miły pan powiedział nam, że oczywiście możemy spać w aucie, ale jak przyjedzie za dwie godziny i nas zobaczy, to 200$ kary na głowę. Postanowiliśmy więc, że znajdziemy nocleg w pobliskim miasteczku, 20$ za pole namiotowe, no dobra, nasza strata. Był tylko jeden mały minus tego planu. W CAŁYM Te Anau, czyli jednym z popularniejszych kurortów wypoczynkowych we Fiordlandzie nie znalazł się ani jeden wolny kawałek ziemi na nasz namiot. WSZYSTKO zajęte. Nie było też sensu pytać miejscowych o kawałek trawnika, ponieważ w tamtym regionie za użyczanie swoich włości turystom (nie będąc zarejestrowanym jako pole namiotowe/hostel) grozi kara w wysokości 400$.

Co było robić... Postanowiliśmy odjechać w stronę z której przyjechaliśmy i po drodze poszukać "ławeczki pod drzewkiem", czyli czegoś w rodzaju Orlenu na polskiej A4 tyle, że... bez Orlenu. Po prostu zjazd na odpoczynek. Pierwsze 20 km cisza. NIC. Po 20 km naszym oczom ukazała się... KROWA, spacerująca po drodze. Zaraz potem nasz wyczekany znak drogowy "ławeczka pod drzewkiem". Skręcamy. Głaz z kaktusem, zjazd wielkości zatoczki autobusowej. No nic, jedziemy dalej. Po 55(!!!)km znaleźliśmy wreszcie ławeczkę pod drzewkiem, gdzie ławeczki w sumie nie było, ale było drzewko, za którym zaparkowaliśmy i grubo po północy nareszcie poszliśmy spać...
Następnego dnia budzik zadzwonił o 5 i lecimy na Kepler Track! Nadrobiliśmy więc ponad 100km bez sensu, ale gotowi na przygody pojechaliśmy do Te Anau na kawę ze stacji benzynowej, którą... otwierali dopiero za godzinę. Obeszliśmy się smakiem. Jako, że lekko padało, skorzystaliśmy z wiaty na stacji, przepakowaliśmy się dojechaliśmy na parking i ruszyliśmy!
 Pierwsza niespodzianka była taka, że zobaczyliśmy KIWI! Nie, nie owoce, tylko słynnego nowozelandzkiego ptaszora nielota wielkości kury, z długim dziobem. Nie udało nam się zrobić zdjęcia, kiwi jest strasznie płochliwe i widzieliśmy je tylko moment jak przebiegało przez ścieżkę. Dodatkowo, dopiero po wizycie w muzeum w Wellington upewniliśmy się, że to co przebiegło nam drogę, to było właśnie kiwi. Zawsze myśleliśmy, że kiwi są malutkie, a tak naprawdę to jest kawał ptaszora! Teraz jesteśmy pewni, że widzieliśmy kiwi, a to nie lada gratka bo to zwierzęta nocne. No nic, zdjęcia nie ma, ale wspomnienie jest!
 Początek trasy jak Hobbiton. Zielono, wszystko omszałe. Nawet deszcz przestał padać.

 Wszędzie paprocie! Czyli nieoficjalny symbol Nowej Zelandii.
 Tu będzie ciekawostka. Obywatele Nowej Zelandii będą głosować w sprawie nowej flagi.
Nam projekt nowej flagi bardzo się podoba. Jest to połączenie aktualnej flagi: krzyż południa, tradycyjne barwy - niebieski, czerwony i biały, ale jest też liść srebrnej paproci, znany większości z flagi All Blacks, czyli nowozelandzkiej drużyny rugby, będącej wielką chlubą narodu. Pod czarną flagą z liściem srebrnej paproci występuje również kilka innych drużyn narodowych Nowej Zelandii np. krykiet i co ciekawe, nie ma ona nic wspólnego z Maorysami, których flaga wygląda tak:
 Symbol srebrnej nowozelandzkiej paproci pojawia się w wielu miejscach, począwszy od odznaczeń w trakcie I Wojny Światowej, na rewersie 1 centa czy właśnie na fladze All Blacks koncząc.
Co myślicie o pomyśle nowej flagi? My głosowalibyśmy za :) Jeśli nowa flaga wygra, nieoficjalny symbol NZ w postaci liścia paproci stanie się symbolem oficjalnym! A poza tym, już nie będzie tak łatwo pomylić flagi NZ z flagą Australii.
Ale wracając, spacerowaliśmy sobie tempem mocno żołnierskim przez las.
 Naprawdę ładny las.
Stop stop stoooooop! Tu na pewno chowa się jakiś Hobbit!


Po 10 km nadszedł czas na upragniony posiłek!


Wojtek dzielnie niósł 90% naszego ekwipunku.






 Odwiedziliśmy również plażę.
 I z powrotem do lasu.
Niestety prognozy pogody zmieniły się. W nocy miała przyjść burza, a potem cały dzień miało padać. Kepler Track jest ekstra ze względu na widoczki. A w deszczu i mgle niewiele można zobaczyć. Była to bardzo trudna decyzja dla nas obojga, ale postanowiliśmy zawrócić. Trochę było nam szkoda spacerowania szczytami, ale istniało prawdopodobieństwo, że ze względu na pogodę szlak zostanie najzwyczajniej w świecie zamknięty, więc i tak musielibyśmy wracać ta sama drogą, tylko że już mokrzy. Odpuściliśmy, szkoda. Zawróciliśmy na parking, pojechaliśmy nad jezioro Te Anau.  Dla Wojtka kąpiel była przyjemnością...
 ...a dla Lidki tylko zimną koniecznością...

Podsumowując nasze dotychczasowe poczynania:
Według googla przejechaliśmy 911 kilometrów. Dodając do tego 20% na zjazdy oznaczone brązową tabliczką "oooo coś ciekawego będzie skręcamy!", 20% na poszukiwanie noclegu przed Kepler Trackiem i jakieś 30% na nawigowanie Lidki... przejechaliśmy odrobinę więcej :)

Po kąpieli w jeziorze zadaliśmy sobie pytanie "co dalej? Co zrobimy z jednym dodatkowym dniem?" Byliśmy w Nowej Zelandii, tam wszędzie jest coś do zrobienia, do zobaczenia. Ale nie wiedzieliśmy jeszcze, że będzie nam dane zobaczyć najpiękniejsze fiordy i wodospady na świecie. Nie wiedzieliśmy też, ile niespodzianek kryć w sobie będą kolejne dni!

Ale o tym... w nastepnym odcinku!

Lidka & Wojtek

0 komentarze:

Prześlij komentarz