poniedziałek, grudnia 07, 2015

# WAKACJE NA WAKACJACH CZĘŚĆ 1

Dzisiaj mamy naprawdę specjalnych gości specjalnych naszego bloga! Otóż w Sydnejowie odwiedzili nas rodzice Wojtka! Przez 3 dni gościliśmy w naszym domu rodziców i ich znajomych - Dorotę i Andrzeja. 

Nasi goście mieli spędzić w Sydney tylko 3 dni, a my chcieliśmy pokazać im jak najwięcej, a jak wiadomo w Sydney jest co oglądać. Zaczęliśmy oczywiście od opery i mostu, czyli dwóch najważniejszych symboli Sydney. 



Po najważniejszych symbolach nadszedł czas na kwintesencję życia w Sydnejowie, czyli plaże! Co prawda pogoda nie dopisała, ale na spacer po plaży nie było za zimno. Jako nasz cel wybraliśmy plaże Manly i Shelly, ponieważ można się na nie dostać promem, a jak wiadomo, z promu widoki na Sydney są najciekawsze :)
Na plaży Manly doszło do pierwszej nauki surfingu - obserwacja zawodowców. Wtedy jeszcze nikt nie przypuszczał, kto z naszych gości jako pierwszy złapie falę... Ale o tym później :) Na razie mogliśmy siedzieć na plaży i podziwiać ocean :)

 Po krótkim odpoczynku udaliśmy się na plażę Shelly, czyli tam, gdzie zwykle oglądamy kolorowe rybki.

 Nie mogło oczywiście zabraknąć elementu jogicznego :)
 A w rodzinie siła :)



 Do domu wracaliśmy owczywiście promem, aby jeszcze raz nacieszyć oczy widokiem opery :)
 Nie obeszło się oczywiście bez obowiązkowych zdjęć z operą :)
 Kolejnego dnia niestety dogoniła nas rzeczywistość i Lidka z Wojtkiem spędzili dzień w pracy. Nasi goście tymczasem zwiedzali Sydney z przewodnikami w formie papierowej. Ostatni dzień spędziliśmy na spacerowaniu po centrum i zwiedzaniu muzeum australijskiego i galerii sztuki. Pogoda poprawiła się, więc mogliśmy oglądać operę z każdej strony :)


 I tak minęły nam 3 wspólne dni w Sydney. Ale najlepsze dopiero miało nadejść - rodzice udali się do Melbourne, a stamtąd do Cairns, gdzie mieliśmy do nich dołączyć. Od naszych pierwszych poważnych australijskich wakacji dzieliło nas jeszcze kilka dni pracy...
Ale wreszcie nadszedł ten dzień! Pewnego pięknego dnia wstaliśmy z samego rana i z lekką dozą ekscytacji wsiedliśmy w samolot do Cairns, aby rozpocząć nasze pierwsze australijskie wakacjie!
Po kilku godzinach znaleźliśmy się w innym stanie, innej strefie czasowej i innej strefie klimatycznej. Takie właśnie są uroki Australii - ogromna i niezwykle różnorodna pod każdym względem. Znaleźliśmy się w stanie Queensland - czyli... najbardziej niebezpiecznym stanie Australii. Jeżeli słyszałeś opowieści o tym, że w Australii żyje najwięcej zabójczych zwierząt/owadów/innych paskudztw, to informacja ta dotyczy właśnie stanu Queensland.  Podczas następnego tygodnia mieliśmy się przekonać, czy opowieści o ogromnych krokodylach, krwiożerczych pająkach i zabójczych meduzach są prawdziwe.
A co takiego ciekawego jest w Cairns, że wywiało nas aż tam? Otóż pojechaliśmy tam w celu odhaczenia kolejnego punktu z listy "do zrobienia w Australii". Cairns jest bazą wypadową dla turystów, chcących zobaczyć Wielką Rafę Koralową.
Pierwszego dnia cieszyliśmy się urokami pogody w Cairns. Ponad 30 stopni to było to, na co z Wojtkiem od dawna czekaliśmy! Wyposażeni w stroje kąpielowe i ręczniki ruzyliśmy w stronę centrum w poszukiwaniu plaży. Niestety zawiedliśmy się. W Cairns (a przynajmniej w centralnej jego części) nie jest możliwe kąpanie się w oceanie. Plaż brak, a woda mulista i niezbyt przyjemna. Ale władze miasteczka całkiem dobrze sobie z tym poradziły - otóż mogliśmy wypoczywać w basenie z wodą słodką, tuż przy oceanie. Mieliśmy tam nawet usypaną plażę.

 Jak widać wysoka temperatura i duża dawka słońca całkiem dobrze wpływają na nastroje.
 A po całodniowym relaksie niektórzy musieli na chwilę wrócić do pracy... ale praca w takich warunkach wcale nie jest taka zła :)
 Wieczorem postanowiliśmy zjeść tradycyjny australijski posiłek. W końcu chcieliśmy pokazać rodzicom jak najwięcej z australijskiego życia, dlatego postanowiliśmy... zrobić grilla. Już kiedyś pisaliśmy, że w Australii grille są wszędzie.


A drugiego dnia w Cairns czekała nas prawdziwa przygoda. W końcu mieliśmy zobaczyć rafę! Wstaliśmy więc rano i udaliśmy się na przystań. Trzeba wiedzieć, że aby dotrzeć na rafę, najpierw trzeba odbyć półtoragodzinną podróż wgłąb oceanu. Takimi wycieczkami zajmują się specjalne biura, które oferują jednodniowe wizyty na rafie. Skorzystaliśmy z oferty jednego z takich biur i rankiem rozkoszowaliśmy się widokami ze statku.




 Wreszcie naszym oczom ukazała się platforma, do której po chwili dobiliśmy.
Na platformie można było wypożyczyć pianki i zestawy do snorklowania. Z pianek zrezygnowaliśmy - woda miała 29 stopni Celsjusza, a przed słońcem chronił nas krem z filtrem 50+. Jak się kilka godzin później okazało, zrezygnowanie z pianek nie było dobrą decyzją. Lidka jeszcze przez tydzień "wspominała" rafę. Pominięcie pewnych fragmentów ciała podczas nakładania kremu z filtrem powoduje pewnego rodzaju dyskomfort podczas późniejszego podróżowania samochodem. Radzimy więc całkiem szczerze - zakładajcie pianki w celu ochrony przed słońcem, a nie zimnem...

W końcu nadszedł ten moment, że można było wejść do wody! Wojtek miał świetny pomysł, żeby bez zbędnych ceregieli wskakiwać w maski i płetwy i iść do wody jako pierwsi. Dzięki temu udało nam się spotkać całkiem dużego żółwia, który niestety szybko uciekł.
A co nie uciekało i dało się fotografować?















 #dla dociekliwych
Czas na kilka informacji na temat Wielkiej Rafy Koralowej. Najtrafniej najważniejsze informacje o rafie opisuje Bill Bryson w książce pt. Śniadanie z kangurami:
Zależnie od źródła, Wielka Rafa Koralowa ma od 280 do 344 tys. kilometrów kwadratowych powierzchni, 2-2,5 tys. długości i jest większa od Kansas, Włoch, albo Zjednoczonego Królestwa. Nie ma porozumienia co do tego, gdzie się zaczyna i kończy rafa, ale wszyscy są zgodni, że jest ogromna. Nawet w najkrótszej wersji dorównuje długością zachodniemu wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Jest też oczywiście bardzo ważnym ekosystemem, morskim odpowiednikiem puszczy amazońskiej. Mieszka tam co najmniej 1500 gatunków ryb, 400 typów korali i 4000 gatunków skorupiaków, ale to tylko ogólne szacunki, bo nikt ich nie policzył. Za dużo roboty.Wielka Rafa Koralowa składa się z około 3000 mniejzych raf i ponad 600 wysp."
My odwiedziliśmy więc tylko jedną, spośród wielu, rafę, ale odnieśliśmy wrażenie, że na tym naszym małym skrawku spotkać możemy wszystkie spośród 1500 gatunków ryb.


















Spotkaliśmy wielkie ławice ryb. Robi wrażenie!








 A teraz czas na ciekawostkę. Na naszej rafie mieszkała wielka niebieska ryba.





 Sama jej obecność nie była zaskoczeniem. Ogrom oceanu skrywa w sobie wiele dziwacznych stworzeń. Ten niebieski jegomość to wargacz garbogłowy, choć wydaje nam się, że lepszą nazwą byłoby wargacz upierdliwy. Dlaczego? Otóż ta wielka niebieska ryba nie dawała nam spokoju. Raz po raz atakowała nas z zaskoczenia. Zazwyczaj podpływała od tyłu i ocierała się o nas. Samo uczucie ocoerającej się ryby nie było takie straszne jak to, że zawsze działała z zaskoczenia.
 Jak widać wargacz garbogłowy nie stronił od kamer. Dzięki temu mogliśmy uwiecznić te straszne sceny ataku.

Mamy też historyjkę obrazkową. Tata Filipek na szczęście został uprzedzony przez Wojtka o zbliżającym się niebieskim.

 Nie było łatwo uwolnić się od niebieskiego...






 I znów się pojawia!
 A teraz możemy oficjalnie się pochwalić, że ZNALEŹLIŚMY NEMO!













Jak to zazwyczaj bywa na takich wycieczkach, można dokupić sobie coś ekstra. Do wyboru mieliśmy 5 min na helikopterze (200$!!!), nurkowanie z butlą, rejs łodzią ze szklanym dnem -z czego skorzystały Mama Filipek i Dorota oraz Snorkeling Safari - na co zdecydowała się reszta naszej grupy. Safari polegało na wypłynięciu łodzią na drugą stronę rafy (poza standardową ogrodzoną bojkami strefę do snorkelingu) i powrót wraz z przewodnikiem na platformę. Nie było łatwo, ponieważ fale były dosyć mocne, ale trzeba przyznać, że warto było. Nasz przewodnik Eric co chwilę wynurzał się z wody i opowiadał ciekawostki na temat rafy. Między innymi pokazał nam "ogórkową rybę", czyli niezbyt apetycznie wyglądający czarny twór, leżący na dnie oceanu.
 .Trzeba przyznać, że ryba ogórkowa jest dosyć obślizgła w dotyku.

Każdy kto zna Wojtka przyzna, że lubi on ryzykować życiem. Postanowił więc powtórzyć to, co chwilę wcześniej zrobił nasz przewodnik, czyli zamknąć wielką koralo-muszlę (?)

Po powrocie do naszej strefy snorklingowej natura przypomniała nam, że jesteśmy w Queensland! Otóż uczestnicy safari (oprócz Lidki, która odpłynęła szukać Nemo niestety z naszą kamerą) widzieli rekina! Nie był to co prawda żarłacz, tylko rekin rafowy, dlatego mogliśmy czuć się bezpieczni. Ale sama nazwa "rekin" budzi grozę... Po wyjściu na platformę okazało się, że Mama Filipek i Dorota także widziały rekina przez szklane dno łodzi. Tak więc Lidka jako jedyna z całej grupy nie widziała rekina... I czy nazwać to pechem, czy szczęściem?
Ale powróćmy do innego dużego celebryty.
Każdy z nas miał swoje starcie z niebieskim. Ale w pewnym momencie już nie wiadomo było, czy to niebieski goni Andrzeja, czy to Andrzej goni niebieskiego...





 W ramach odpoczynku od pływania mogliśmy sobie poodpoczywać na leżakach i obserowować to, co dzieje się za burtą.


 Nadszedł czas na nasz obiad...
... i na obiadek dla ryb również!
Po 5 godzinach spędzonych na naszej magicznej platformie zostaliśmy niemalże siłą wyciągnięci z wody i zmuszeni do powrotu na łódź... Tam spędziliśmy naprawdę sporo czasu, zanim łódź wystartowała w drogę powrotną. Dlaczego? Ponieważ historia Cairns zna przypadki ludzi pozostawionych na Wielkiej Rafie Koralowej...
#dla ciegawych historii
W roku 1998 Thomas i Eileen Lonergan z Luizjany postanowili zrobić sobie wakacje w Australii. Pojechali na wycieczkę, która obejmowała nurkowanie właśnie na rafie. Po całym dniu nie pojawili się na statku, czego nie zauważono, więc statek odpłynął z rafy w drogę powrotną do Cairns. Po dwóch i pół dnia zgłoszono zaginięcie pary. Pomimo poszukiwań ich ciał nigdy nie odnaleziono. Do dziś nie do końca wiadomo co stało się z parą. Możnaby podejrzewać, że zostali zaatakowani przez rekiny (co nie byłoby niczym dziwnym w Queensland). Jednak kilka dni po zniknięciu znaleziono nienaruszone kamiezelki ratunkowe na brzegu, co mogłoby oznaczać, że para celowo te kamizelki zdjęła. W dodatku policja odkryła, że Thomas cierpiał na depresję i zamierzał "skończyć ze sobą" właśnie podczas wycieczki na rafę.
W związku z tym, że opowieść tę znaliśmy zanim zdecydowaliśmy wyruszyć na rafę - podczas szóstego liczenia pasażerów grzecznie siedzieliśmy na swoich miejscach.



Po dniu pełnym wrażeń, szczęśliwi (z powodu niezwykłej przygody, ale również z powodu przeżycia kolejnego dnia w Queensland) wróciliśmy do naszego apartamentu, aby odpocząć przed czekającą nas nazajutrz podróżą.
I mogłoby się wydawać, że podczas dalszej podróży nie spotka nas już nic lepszego niż rafa w Cairns. Nic bardziej mylnego! Ale o tym napiszemy w następnym odcinku relacji z naszych australijskich wakacji!

Lidka & Wojtek

3 komentarze:

  1. Dzięki za relację! Czekamy na więcej :) pozdrowienia z Florydy

    OdpowiedzUsuń
  2. Kochani, dziękujemy Wam za cudowne wspólne wakacje i tę trzymającą w napięciu relację! Czekamy z niecierpliwością na ciąg dalszy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wspomnienie oślizgłej lepkości niebieskiego, brrrr!

      Usuń