niedziela, maja 15, 2016

# FILIPKI W NOWEJ ZELANDII CZ. 5

W ostatnim odcinku odwiedzaliśmy wulkany... i obszary aktywności geotermicznej, które całkiem nam się spodobały.
Po wizycie w Mordorze byliśmy naprawdę zmęczeni i jak już wiecie wyruszyliśmy do "Przytulnego Domku w Termalnym Ośrodku Wypoczynkowym". S domku nie skorzystaliśmy, gdyżwybraliśmy opcję namiotową :) Po zameldowaniu się na miejscu, rozłożyliśmy namiot i, korzystając z pięknej, bezchmurnej, choc wietrznej nocy, poszliśmy na plażę, żeby trochę odpocząć. Po dotarciu do plaży okazało się, że wieje mocniej niż się spodziewaliśmy i już mieliśmy zawijać się z powrotem do namiotu, gdy... okazało się, ze ze plaża ma własne "ogrzewanie podłogowe". Akurat pod plażą (jak i również pod naszym polem namiotowym) przepływały gorące wody termalne. Jak się usiadło na piasku to grzało w tyłek aż miło (Wojtkowi nawet za bardzo). Trzeba przyznać, że spanie na cieplej karimacie przypadło nam bardzo do gustu:) Rano postanowiliśmy skorzystać ze spa, mieszczącego się na polu namiotowym. W zasadzie to Wojtek skorzystał. Bo Lidka nie dała rady wykąpać się we wrzątku. Na naszym campingu mieliśmy basen z wodą termalną, która oczywiście była mieszana z wodą zimniejszą. Lidka zamoczyła się do kolan - Wojtek był twardszy.
Zwróćcie uwagę na opaleniznę Wojtka - to wynik naszego spaceru po Mordorze i zignorowania kremu z fitrem...
Oprócz gorącej wody mieliśmy również gorące błotko :)

Był też specjalny piec, zasilany ciepłem z błotnego jeziorka, na którym można było ugotować sobie (fasolę :) ) obiad. 
Po śniadaniu udaliśmy się na spacer, żeby w dziennym świetle sprawdzić jak wygląda gorąca plaża.
Najpierw musieliśmy przejść przez gorące i śmierdzące jeziorko.
A na plaży mogliśmy sprawdzić temperaturę wody. Gorące plaże mają to do siebie, że można sobie wykopać dołek i wymieszać gorącą wodę z wodą z jeziora, co w efekcie daje ciepłą kąpiel na plaży.
Rotorua, czyli niewielkie miasteczko w centrum północnej wyspy, słynie z atrakcji związanych z gorącymi źródłami. Niemal wszędzie są naturalne spa i inne baseny, oczywiście wszystko płatne. Ale my postanowiliśmy się trochę wysilić i znaleźć miłe, nieoblegane przez turystów miejsce, w którym będziemy mogli zażyć gorących kąpieli. Udaliśmy się więc w stronę Wai-O-Tapu, czyli miejsca słynącego z gorących źródeł, bulgoczącego błota i wybuchających gejzerów. Co prawda, wiedzieliśmy, że wejście do tradycyjnej wioski Maoryskiej kosztuje, ale na miejscu okazało się również, że od jakiegoś czasu liczą sobie za sam spacer po terenach przyległych do wioski, na których to właśnie znajdują się gejzery. Postanowiliśmy odpuścić płatną atrakcję na rzecz "The Bridge", czyli jednego z tak zwanych sekretnych miejsc Nowej Zelandii. Nie było łatwo, przez brak konkretnego opisu drogi dojazdowej przejechaliśmy łącznie z 60km podczas gdy do przejechania mieliśmy może z 15km :)
Ale znaleźliśmy! The Bridge to miejsce, w którym łączą się dwa strumienie - gorący termalny (ok 80 stopni Celsjusza) i zimny górski (bardzo bardzo bardzo zimny w skali Lidki). Dzięki temu, w miejscu łączenia się wód, każdy mógł wybrać sobie miejsce z najodpowiedniejszą dla siebie temperaturą. My dziarsko ruszyliśmy w stronę strumienia gorącego.
Ale Wojtek nie do końca był zachwycony temperaturą.

Więc poszedł sobie do wody chłodniejszej.
Przy czym Lidka postanowiła porządnie się wygrzać.
No i tutaj przychodzi czas na radę praktyczną: jeśli jedziecie do Nowej Zelandii i zamierzacie kąpać się w ciepłych wodach, polecamy wziąć sobie więcej niż jeden ręcznik na osobę na wyjazd. Ciepłe wody mają to do siebie, że pachną zgniłym jajem. Dlatego właśnie przydaje się dodatkowy ręcznik...
Dalej poszliśmy zobaczyć bulgoczące błotko.

Zgodnie z informacjami jakie znaleźliśmy, to błotne kipiące jeziorko było niegdyś gejzerem błotnym, regularnie strzelającym na wysokość 3 metrów. Niestety, po wybudowaniu elektrowni geotermalnej aktywność geotermalna spadła (jak zresztą w całej Rotourze) i teraz już tylko bulgocze.

Mimo to, robi wrażenie ;)
Prawdę mówiąc, cała Rotorua robi wrażenie. Zwykła jazda przez miasteczko jest niezłą atrakcją. Z każdej, dosłownie każdej dziury, studzienki itp itd. wydobywa się para, gotująca się woda bądź bulgoczące błoto.
Śmierdzi jajem niemiłosiernie, ale już po kilku minutach człowiek przyzwyczaja się do zapachu :)
Później postanowiliśmy zobaczyć miejsce znane z dwóch jezior, niebieskiego i zielonego.


Szczerze mówiąc nie zrobiły na nas większego wrażenia, głownie dlatego ze tereny wokoło jezior zostały wykupione przez prywatne osoby i wszystkie szlaki piesze są niedostępne. Można jedynie zejść na malutka plaże przy Niebieskim Jeziorze. Trzeba było postanowić co dalej. Była godzina 13, a my zastanawialiśmy się, co tu dalej zrobić. Następnego dnia mieliśmy pojechać do Hobbitonu, ale właściwie... to po co czekać? Szybko zarezerwowaliśmy bilety na godzinę 17 i mieliśmy 4 godziny do stawienia się na miejscu. I tutaj Lidka przypomniała sobie o pewnym magicznym miejscu, całkiem po drodze do Hobbitonu, zwanym Blue Spring!


Miejsce to, zaliczane niegdyś do "sekretów Nowej Zelandii', staje się coraz większa atrakcja turystyczną, wiec władze postanowiły wybudować parking. Jak widać, całkiem sporych rozmiarów ;)
I idziemy do najczystszej wody na ziemi!



Przepiekne Blue Spring, czyli strumyk z krystalicznie czystą wodą o stałej temperaturze 11 stopni Celsjusza codziennie, przez cały rok. Cudo.



I jest miejsce do kąpania!!!
Poważnie, wykąpaliśmy się w 11 stopniach bólu.
Trzeba przyznać, że zanurzenie się nie było łatwe.  Ale jednak chęć wykąpania się w krystalicznej wodzie zwyciężyła.
 Wojtek nawet twierdził, że woda nie była taka zimna. W końcu po kilku minutach ból ustawał i po prostu już nic się nie czuło...
Postanowiliśmy szybko zrobić sobie zdjęcia, zanim dłonie również nam odmarzną :)





Jak głęboka jest "dziura" za nami?
Tak głęboka!
Po obowiązkowych zdjęciowych nadszedł czas na przyjemności. No bo wszyscy, którzy znają Wojtka, doskonale wiedzą, co się dzieje, kiedy Wojtek znajduje się w okolicy zbiornika wodnego.
Odpowiedź jest oczywista - znajduje miejsce na frywolne skoki do wody...





Oczywiście Wojtkowi się spodobało, więc po którymś z kolei oddanym skoku, został nauczycielem. Ale jego uczeń jednak nie dał się namówić na skok i Wojtek musiał zrobić to sam.
Poza tym z każdym skokiem wędrował coraz wyżej...
I w końcu nadszedł ten moment, że Lidkę naszła ta myśl. Jesteśmy w przepięknym miejscu, woda jest krystalicznie czysta... byłoby szkoda przegapić takie coś. Lidka również postanowiła skoczyć!
Co prawda, trochę to trwało, ale wreszcie Lidka zdecydowała się na skok. 


Po około 40 minutach w lodowatej wodzie, kończyny zaczęły nam dygotać z zimna i uznaliśmy, że koniec tego dobrego. Po drodze do samochodu podziwialiśmy jeszcze przez chwilę naszą rzeczkę.
Jak widać po naszym samochodzie, dojazd do Blue Spring nie jest łatwy. Ale... już niedługo. Jak wspomnieliśmy, przy sekretnym miejscu buduje się właśnie wielki parking dla turystów oraz asfaltowa droga dojazdowa... więc miejsce sekretne już nie jest. Z uwagi na ilość odwiedzających, postanowiono zorganizować parking i porządną drogę dojazdową. Nam, na całe szczęście, udało się odwiedzić to miejsce JESZCZE bezpłatnie, ale jesteśmy przekonani, że już niedługo zimne kąpiele będą wysoko cenione, a zakaz skakania ze skarpy będzie przestrzegany :)




Po niezbyt długiej podróży przez łąki i pola pełne owiec, nareszcie dotarliśmy do Hobbitonu. Hobbiton Movie Set, czyli farma z hobbicimi domkami, znajduje się pośrodku innych farm, takich samych tylko że z owcami. Podobno to trzy drzewa na środku farmy pasowały do wizji Jacksona tak bardzo, że zdecydował się własnie tutaj umieść plan filmowy Hobbitonu. Dojechaliśmy na parking, a stamtąd po okazaniu potwierdzenia rezerwacji, autobusem udaliśmy się do wioski Hobbitów.
Zwiedzanie Hobbitonu odbywa się z przewodnikiem, który opowiada mnóstwo ciekawych historii o kulisach kręcenia Władcy Pierścienia i Hobbita.
Historia Hobbitonu nr 1
Kiedy Peter Jackson, czyli reżyser Władcy Pierścienia, szukał miejsca na wioskę Hobbitów, od razu w oko wpadła mu farma rodziny Aleksandrów. Postanowił więc osobiście pofatygować się do właściciela, który... akurat miał ważniejsze sprawy na głowie. Otóż Russel Alexander akurat oglądał mecz rugby i niezbyt podobało mu się, że ktoś mu przerywa. Jackson postanowił więc poczekać do dziesięciominutowej przerwy, podczas której nie do końca zdążył wyjaśnić po co mu farma Alexandra. Postanowił więc przeczekać drugą połowę meczu i wtedy porozmawiać z farmerem. Ale akurat tak się złożyło, że zaraz po meczu Alexander znów miał ważniejsze rzeczy na głowie niż rozmowa z nieznajomym... tym razem spieszył się do strzyżenia owiec. Tym razem już Jackson nie na żarty się wściekł i postanowił opuścić farmę i poszukać innego miejsca na Hobbiton.
Ale po kilku tygodniach niepowodzeń w szukaniu innego miejsca, Jackson postanowił wrócić na farmę Alexandra i spróbować jeszcze raz rozmówić się z właścicielem. I tym razem się udało, mimo ze Alexander nie miał pojęcia (i za bardzo się nie interesował), czym jest ten cały Władca Pierścienia.
Historia Hobbitonu nr 2
W 1999 roku, kiedy ruszyły zdjęcia do filmu, Alexander wciąż nie miał pojęcia, czym jest Władca Pierścienia i jaki ma potencjał. Ale po sukcesie kinowym wszystkich trzech części Alexander już doskonale wiedział, co wydarzyło się na jego farmie. Dlatego kiedy w 2011 roku na jego farmie znów pojawiła się ekipa Jacksona, Alexander już wiedział co robić. Po zakończeniu zdjęć do Władcy Pierścienia, Hobbiton został rozebrany i życie na farmie toczyło się dalej. Jednak kiedy Jackson znów chciał skorzystać z farmy Alexandra, aby nakręcić Hobbita, zaczęły się schody. Do Hobbita potrzebnych było tylko kilka hobbicich chatek. Alexander zgodził się na ponowne wykorzystanie jego farmy pod warunkiem, że Jackson odbuduje wszystkie 37 hobbicie chatki, wyburzone po 1999 roku, a po zakończeniu zdjęć pozostawi je na swoim miejscu. Cóż było robić... Jackson przystał na warunki Alexandra i tym sposobem dzisiaj możemy podziwiać Hobbiton w pełnej okazałości.

Spacerując po Hobbitonie byliśmy zaskoczeni, jak realne jest to co widzimy. Lidce chyba najbardziej posobało się pranie rozmiarów Hobbitów.

Historia Hobbitonu nr 3:
Widzicie to jeziorko? Tak się składa, że podczas zdjęć do filmów, jeziorko to było zamieszkiwane przez żaby. Stworzenia te były na tyle głośne, że zagłuszały nawet aktorów. W związku z czym Jackson wytypował ochotnika, który przez cały okres trwania zdjęć do filmu, codziennie o świcie wyciągał wszystkie żaby ze stawu i wynosił poza farmę... A żaby, jak to żaby, co noc wracały do domu...

Historia Hobbitonu nr 4
Pamiętacie tę scenę, kiedy Gandalf i Bilbo siedzą pod chatką, palą fajkę i obserwują zachód słońca?
Wszystko świetnie, tylko, że chatka Bilbo ma widok na wschód... W związku z czym przez 7 dni ekipa Jakcksona kręciła scenę zachodu słońca... o wschodzie.

Historia Hobbitonu nr 5
Podobno najdroższy filmowy rekwizyt świata. Na potrzeby Władcy Pierścienia, Jackson potrzebował mieć wielki dąb, podczas gdy w rzeczywistości rosło tam drzewo iglaste... Noc trudnego, przecież można to zrobić komputerowo. Ale nie, jeśli pracujesz w ekipie Jacksona. Na potrzeby filmu Jackson postanowił (nie własnymi rękami, rzecz jasna) zdjąć WSZYSTKIE igły z tego ogromnego drzewa i zastąpić je sztucznymi liśćmi dębu... Jak się pewnie domyślacie, trwało to dosyć długo, ale z reżyserem się nie dyskutuje. Ekipa zabrała się do przeklejania liści i można było kręcić dalej. Do momentu, w którym Jackson stwierdził, że liście mają zły odcień. Tak, liście zostały zdjęte, przemalowane i z powrotem przyklejone do drzewa...
Ale to nie wszystko. Kiedy po 11 latach ekipa wróciła na farmę Alexandra, drzewo pozbawione igieł uschło, a kręcić trzeba było. Zrobi się komputerowo? Nieeee. Otóż Jackson postanowił stworzyć drzewo na wzór tego pierwotnego... i był to najdroższy rekwizyt na świecie - nowe drzewo, zbudowane ze stali, silikonu i czegoś tam jeszcze, kosztowało milion dolarów amerykańskich... Trzeba przyznać, że naprawdę wyglądało realistycznie. 
Historia Hobbitonu nr 6
Pamiętacie urodziny Bilbo? Jackson to perfekcjonista. Jeden ze statystów miał za zadanie schodzić po schodach z kuflem piwa i brać jego duży łyk. Piwo było prawdziwe, a scenę powtarzano wiele razy, aż w końcu statysta nie musiał udawać swojego upojenia...
Historia Hobbitonu nr 7
Kiedy Alexander jeszcze nie miał pojęcia, co kręci się na jego farmie, jednego dnia postanowił przyjechać na farmę i zobaczyć, o co tyle krzyku. Co zastał? Grupę podchmielonych ludzi (godzina 13) i grupkę dzieci, uciekających przed gumowym "czymś" na kółkach - tak, scena urodzin Bilbo.

Lidka musiała sprawdzić, czy ekipa zadbała o detale...
Nie możemy powiedzieć, że się zawiedliśmy!

Historia Hobbitonu nr 8.
Jest 37 hobbicich chat które przedstawiają.. jedynie kilkanaście różnych chat. O co chodzi? Otóż ze względu na różny wzrost postaci (a podobny aktorów), większość chat została wybudowana w trzech rozmiarach: hobbicich, krasnoludzich i ludzkich, tak, żeby była odpowiednio mała gdy stoi przy niej aktor.



I akurat tutaj mamy chatkę wybudowaną na rozmiar skrzata ;)





W cenę wycieczki wliczone jest zwiedzanie Zielonego Smoka, czyli hobbitowego baru, Wojtek jak widać był bardzo zadowolony!






Wojtek nie krył zadowolenia z trunku jakim zostaliśmy poczęstowani. 

Trzeba przyznać, że Zielony Smok to pub z duszą!

Znaleźliśmy ogłoszenia drobne.

Było też miejsce na łowienie rybek.



Były portrety przodków.





Historia Hobbitonu nr 9
Pozostając w temacie drzew... według książki w Hobbitonie rosły śliwy - nie ma śliw? Co za problem? "Komputerowo ich nie robimy, więc zasadzimy drzewka." Problem w tym, że śliwy są bardzo duże, zbyt duże na mini świat Hobbitów... Zasadzili więc jabłoń, która będzie miała odpowiednią jak na Hobbiton wielkość i przekleili liście i owoce! Serio, zrobili to... Zdjęli wszystkie liście i owoce z kilku jabłoni i przykleili te ze śliwy... Ale opłacało się, drzewko widoczne było przez 8 sekund w wydłużonej wersji reżyserskiej, 3 sekundy w reżyserskiej zwykłej, a w wersji kinowej aleja ze "śliwami" w ogóle się nie pojawiła...



Lidka nawet postanowiła przekopać ogródek :)
Historia Hobbitonu nr 10
Jak wspomnieliśmy wcześniej, plan filmowy znajduje się po środku innych farm, a poza tym nie ma nic. Z jednej strony to dobrze, nikt nie przeszkadzał ekipie filmowej, z drugiej jednak pojawił się problem natury gastronomiczno-logistycznej. Podobno w promieniu 100 km wszystkie hotele, jadłodajnie, restauracje i puby (a nie ma ich wiele) były całkowicie zarezerwowane przez ekipę filmową, przez co ta część Nowej Zelandii była na czas kręcenia filmów niedostępna dla turystów.


Historia Hobbitonu nr 11
Podczas zwiedzania Hobbitonu należy pamiętać o kilku panujących tam zasadach. Czyli chodzimy tylko wytyczonymi ścieżkami, nie dotykamy eksponatów (za bardzo), nie wchodzimy do chatek itp. itd. Jak już wspomnieliśmy, właściciel farmy - Alexsander, nie interesował się zbytnio, co dzieje się na jego posesji ani w trakcie pracy nad Władca Pierścieni jak i Hobbita. Dlatego też większość ekipy filmowej, jak i statystów nie miała pojęcia jak wygląda Alexander. Statystów, których cześć pracuje teraz w Hobbitonie jako przewodnicy. Przez pierwsze tygodnie po otwarciu Hobbitonu dla turystów, Alexander zapisywał się na wycieczki, jako zwykły turysta i... robił wszystko czego nie wolno. Pewnego razu, kiedy już prawie doszło do rękoczynów pomiędzy nim, a przewodnikiem, wreszcie wykrzyczał "ja jestem tu właścicielem i mogę wszystko". Wtedy już wszyscy przewodnicy wiedzieli, kim jest ten okropny gość, który rujnuje im wycieczki...
Nasza przygoda w Hobbitonie trwała około 3 godzin , podczas których mogliśmy zwiedzić wioskę, napić się piwa i posłuchać zabawnych historii o tym miejscu. Sama atrakcja do tanich nie należy, ale naprawdę warto! Naprawdę widać ogrom przedsięwzięcia jakim była ekranizacja Władcy Pierścieni i z jaką dokładnością przygotowywane były kolejne sceny. Cudo!
W drodze powrotnej podziwialiśmy widoczki, a jeszcze wiele kilometrów od Hobbitonu, wciąż czuliśmy się jak w Shire, tak malownicze są tereny w około.
Po zwiedzeniu Hobbitonu, około godziny 20 doszliśmy do wniosku, że skoro zostało nam dokładnie półtora dnia w Nowej Zelandii, musimy poświęcić noc na jazdę autem i przemieścić się daleko na północ do Bay of Islands, czyli zatoki wysp. Prognoza pogody była świetna, powyżej 20 stopni i bezchmurne niebo. A Bay of Island to własnie "nowozelandza stolica wylegiwania się na plaży". Mieliśmy do przejechania ok 450 kilometrów, więc zapowiadało się na długą noc. A no i warto wspomnieć, że wszystko co póki co przeczytaliście w tym poście, przydarzyło nam się w ciągu jednego dnia ;)
Poszło gładko, dojechaliśmy na miejsce, szybka drzemka w aucie i... Niestety, pogoda nie dopisała. Resztki huraganu z Fidzi przyspieszyły i dotarły nad Bay of Island dzień szybciej niż prognoza przewidywała. Zrobiło się deszczowo i mocno wiało, ale udało nam się wykąpać w oceanie i ruszyliśmy dalej... bo Wojtek znalazł wodospad.
aaale najpierw pyszne śniadanko :)



 Po co iść długą ścieżką, jeśli można się wspiąć na skróty?
 Została nam doba. I co tu robić? Za nami już prawie dwa tygodnie objazdówki po Nowej Zelandii i zaliczyliśmy prawie wszystko, co chcieliśmy. No właśnie, prawie. Wojtek tutaj przypomniał sobie o jednej atrakcji, na której bardzo nam zależało, a z której zrezygnowaliśmy. Jaskinie świecących robaczków, co wygląda mniej więcej tak:
Super, co? Tylko problem w tym, że w Waitomo nie można zwiedzać jaskiń na własną rękę, Trzeba wykupić wycieczkę, po czym wsiąść na łódkę i w towarzystwie dwudziestu obcych osób pływać po jaskini. I w dodatku nie można robić zdjęć, a cała przyjemność kosztuje. Nie dla nas takie atrakcję. Na szczęście to nie jedyne jaskinie ze świecącymi lokatorami! Po kilku minutach szukania na googlu znaleźliśmy jaskinie idealnie po drodze do Auckland.
 Tym sposobem wylądowaliśmy w Waipu, czyli miejscu położonym niespełna 130 kilometrów od Auckland.
Kiedy dojechaliśmy na miejsce okazało się, że wjazd na teren jaskini jest ogrodzony, jest tam też toaleta i prysznic, a wejście jest na własną odpowiedzialność. No a my przecież jesteśmy dorosłymi, odpowiedzialnymi ludźmi! Przygodaaaa!!!
 Tutaj musimy przeprosić za jakość zdjęć, ale w jaskiniach jest całkowicie ciemno i zrobienie choćby jednego dobrego zdjęcia nie było łatwe...
 W pewnym momencie musieliśmy zdjąć buty, aby iść dalej, bo doszliśmy do miejsca, w którym było wody po kostki...
 Ale równie szybko założyliśmy buty z powrotem, ponieważ dno rzeki było pełne ostrych kamieni.
W pewnym momencie zobaczyliśmy to, po co przyjechaliśmy. Świecące robaczki było wszędzie. Nie udało nam się zrobić dobrych zdjęć, ale uwierzcie nam na słowo, w tej jaskini były tysiące jeżeli nie dziesiątki tysięcy małych niebieskich światełek. Punkcików, dzięki którym sklepienie jaskini wyglądało jak niebo pełne gwiazd.
 Ale my nie poprzestaliśmy na pierwszym, najłatwiej dostępnym miejscu z robaczkami. Kilka osób przed nami zrezygnowało z dalszej wędrówki, kiedy zobaczyli, w jakich warunkach przyszło spacerować. Ale my byliśmy twardzi!
W pewnym momencie spacerowaliśmy w wodzie po pas... (Wojtka pas, Lidce woda sięgała nieco wyżej)
 Czasem trzeba było się mocno schylić...
 ... i nagimnastykować, żeby przejść.
Gollum!
 Żałujemy, że nie udało nam się zrobić dobrych zdjęć w jaskini... nie możemy podzielić się z Wami tym widokiem, ale co zobaczyliśmy, tego nikt nam nie zabierze. I wierzcie nam na słowo, zdjęcie poniżej (znalezione w internecie) wypada blado w porównaniu do rzeczywistości!
A to wyjscie/wejscie do jaskini Waipo.
 Wchodząc do jaskini mieliśmy tylko jedną latarkę, na szczęście spotkaliśmy miłego pana nowozelnadczyka, który posiadał kolejną (2 na 3 to już ok :) ) i dodatkowo w miarę wiedział jak daleko można bezpiecznie zwiedzać jaskinie. A także opowiedział nam o jeszcze jednym miejscu z jaskiniami, oddalonym od nas o niecałe 35 kilometrów. Dowiedzieliśmy się, że są tam trzy jaskinie, o których mało kto wie, takie kolejne sekretne miejsce. Nie zastanawialiśmy się zbyt długo!

 Po 40 minutach drogi znaleźliśmy się przy Abbey Caves.
 Tym razem lepiej przygotowaliśmy się na warunki, panujące w jaskini i Wojtek włożył kąpielówki, a Lidka strój kąpielowy i pomaszerowaliśmy ku przygodzie! Dookoła jaskiń, przepiękne stare drzewa (taki trochę mroczny las)
 Na wejściu zostaliśmy poinformowani, że jaskinie te są na poziomie ekspert, wejście na własna odpowiedzialność bla bla bla, standard żeby odstraszyć turystów :) Wiedzieliśmy mniej więcej czego się spodziewać, a po ostatniej jaskini czuliśmy się już trochę ekspertami. No i przecież wciąż jesteśmy dorosłymi, odpowiedzialnymi ludźmi!



I tu trzeba przyznać, że jak pierwsza jaskinia była spacerowa (choć po pas w wodze) tak Abbey Caves są bardziej wymagające, przede wszystkim strome wejście. Ale nie to przestraszyło Lidkę podczas zwiedzania. W Organ Cave (najdłuższa z trzech jaskiń Abbey) jest przeraźliwie... cicho. Byliśmy tam zupełnie sami, woda nie płynęła, a stała, przez co było absolutnie cicho, a poza tym jaskinia jest wąska i wysoka Cicho, ciemno, strasznie. Trzeba wiedzieć, kiedy powiedzieć sobie dość i zawróciliśmy w stronę lepszego samopoczucia Lidki.
 Ale przygody są super, dlatego Lidka nie zraziła się i dziarsko pomaszerowała ku drugiej jaskini.

 A to jest wejście do jaskini nr 3...
 Tutaj już woda płynęła i ku zadowoleniu Lidki, nie było cicho.

 Tutaj możecie zobaczyć małe niteczki, do których przymocowane są świecące robaczki.


 Po wyjściu z jaskiń doszliśmy do wniosku, że to, co zrobiliśmy, było lekko szalone. Ale... opłacało się!!
Widok milionów świecących punkcików, znajdujących się na wyciągnięcie ręki był niesamowity! i to nam się podoba, że w Nowej Zelandii, jak się poszuka, to można znaleźć darmową alternatywę dla kosztownych atrakcji. Dużo bardziej wolimy eksplorować świat samemu, bez tłumu turystów. Abbey Caves - daliśmy radę!
Po jaskiniach wróciliśmy do Waipu (tam gdzie była pierwsza jaskinia) i postanowiliśmy spędzić tam noc... w samochodzie, ponieważ bardzo mocno padało, co jakoś nas nie zdziwiło. 
 Rano zebraliśmy się i trzeba było kierować się w stronę Auckland, bo popoludniu mieliśmy samolot powrotny do Sydney.
 Po drodze odwiedziliśmy jeszcze mały rezerwat i plażę, z której jak zawsze skorzystaliśmy.


 Woda zimna jak zawsze, ale nie mogliśmy sobie oszczędzić kąpieli, podczas naszego ostatniego dnia w Nowej Zelandii.
 Po drodze na BP spotkaliśmy prawdziwy gang motocyklowy... tak prawdziwy, że nawet obsługa na stacji była mocno zestresowana...
 W samym Auckland miała zakończyć się nasza przygoda... miała, bo przygodom nie było końca. W drodze na lotnisko rozładował nam się akumulator... Naprawdę, przejechaliśmy ponad 5 tysięcy kilometrów i dopiero w samym Auckland rozładowało nam się auto... Szczęście w nieszczęściu, że stało się to w cywilizacji i mogliśmy zadzwonić po pomoc drogowa, a nie na przykład przy jaskiniach, gdzie bylibyśmy zdani tylko na siebie.
Koniec końców dojechaliśmy do lotniska.
Nasza przygoda zaczęła się z Krasnoludem i tutaj też się zakończyła. Po dwóch tygodniach, połamani od spania w aucie, ale najszczęśliwsi na świecie, wracamy do domu... Bogatsi w nowe doświadczenia, z milionem wspomnień i dwoma milionami pięknych widoków przed oczami... i zaczynając nowy etap naszego wspólnego życia :) Lidce szczęśliwie udało się nie stracić pierścienia, podczas dziesiątek przygód, jakie nas spotkały, chociaż jesteśmy pewni, że nędzne kreatury czaiły się za każdym rogiem! 
Nadmiernie opaleni (po spotkaniu z wulkanami) wsiedliśmy do samolotu...
 ... i po trzech godzinach byliśmy z powrotem w Sydney.
Tutaj nasza nowozelandzka przygoda kończy się. 5 tysięcy kilometrów, 5 tysięcy zdjęć i co najmniej 5 tysięcy zachwytów. Dziękujemy Wam za to, że byliście z nami przez te pięć odcinków naszych przygód. Nowa Zelandia jest PRZECUDNA!!! Żałujemy, że mieliśmy tylko 2 tygodnie... Ale może kiedyś uda nam się tam wrócić?

A tymczasem... tydzień dni temu wróciliśmy z tygodniowej wyprawy na Tasmanię! Także bierzemy się do pracy, aby jak najszybciej pokazać Wam relację z kolejnych wakacji! A będzie ciekawie, bo spełnią się czyjeś marzenia, niespodziewanie wylądujemy na Alasce, a każdy dzień będziemy zaczynać od najpiękniejszego wschodu słońca na świecie...

Pozdrawiamy
Lidka & Wojtek

0 komentarze:

Prześlij komentarz