czwartek, kwietnia 21, 2016

# FILIPKI W NOWEJ ZELANDII CZ. 4


W ostatnim odcinku podsumowaliśmy południową wyspę Nowej Zelandii i przepłynęliśmy na wyspę północną. A północ jest super!
Plan na południową wyspę był całkiem szczegółowy, tak zaplanowanie wyspy północnej nie wystarczyło nam czasu. Wieczorem ustaliliśmy tylko, że złamiemy naszą tradycję omijania dużych miast szerokim łukiem i pójdziemy do Te Papa w Wellington, czyli Muzeum Nowej Zelandii. Jest darmowe #niepłacęwymagam i ma 6 pięter. Ale najpierw musieliśmy znaleźć nocleg. O spaniu na dziko w okolicach Wellington można już na starcie zapomnieć. Dlatego też udaliśmy się na pole namiotowe do Porirui. I tutaj będzie niespodzianka. Trafiliśmy na zadziwiająco tani camping - tylko 10NZD/os. Co jest dosyć dziwne biorąc pod uwagę fakt, że właśnie znajdowaliśmy się praktycznie w stolicy Nowej Zelandii.
Nazajutrz zapakowaliśmy się do naszego niezawodnego Hektora i pojechaliśmy do muzeum. Największą atrakcją jest gigantyczna kałamarnica, wyłowiona z wód Morza Rossa w lutym 2007 roku. Nowozelandzki kuter rybacki wyciągnął z wody kałamarnicę o długości ok 10 metrów. Masa tego potwora to aż 495 kilogramów. Trzeba przyznać, że robi wrażenie :)
Niestety niewiele ze zdjęć wyszło ze względu na słabe oświetlenie. Ale możemy opisać co najbardziej nam się podobało.
W 2010 i 2011 roku doszło do dwóch trzęsień ziemi niedaleko Christchurch (odpowiednio 7,1 i 6,3 w skali Richtera). W Te Papa można obejrzeć ekspozycję dotyczącą tych wydarzeń. Największe wrażenie zrobił na nas drewniany domek, do którego mogliśmy wejść. W środku był mały salonik, w którym był między innymi telewizor, nadający wiadomości z kraju. I nagle mogliśmy słyszeć głosy, paniczne wołanie o pomoc, a potem dom zaczynał się trząść. Nie możemy powiedzieć, że to było "fajne", ale na pewno była to dobrze wykonana instalacja, która nas zszokowała, Trzęsienie ziemi to naprawdę straszne doświadczenie, nawet jeśli dzieje się w muzeum, w zaaranżowanej wystawie.
Dalej spotkaliśmy się z kulturą maoryską, która bardzo nas zaciekawiła. Budowle, przedmioty codziennego użytku, narzędzia walki - to wszystko sprawiało wrażenie dużo bardziej zaawansowanych technicznie, niż w przypadku Aborygenów. Niestety i w tym przypadku skupiliśmy się bardziej na oglądaniu, niż fotografowaniu.
A dalej... dalej była wystawa Dreamworks, czyli wytwórnia filmowa, mająca na koncie takie hity, jak Shrek, Madagaskar, Kung Fu Panda, Jak wytresować smoka, czy też nasze ulubione Pingwiny z Madagaskaru. I tutaj udało się zrobić kilka fotografii.
Tutaj mamy mapę Berk, czyli miejsce akcji "Jak wytresować smoka".
A tutaj - plan chatki Shreka.
Ponadto, na tej wystawie mogliśmy obejrzeć oryginalne rysunki, posłuchać muzyki filmowej i zobaczyć jak wygląda praca przy bajkach. Akurat ta wystawa była czasowa i kosztowała nas 15$ od osoby, co w perspektywie zobaczenia wystaw z naszych ulubionych bajek, wydawało się niezbyt wygórowaną ceną.  Na sam koniec, już przy wyjściu z muzeum mogliśmy podziwiać całkiem okazałą wersję Szczerbatka :)
Następnie musieliśmy ustalić następny punkt wycieczki, czy od razu jechać w okolice Taupo - czyli znanych terenów geotermalnych, czy wydłużyć wycieczkę i zobaczyć Taranaki - wulkan znany z idealnie stożkowatego kształtu. A ze długie trasy nam nie straszne, pojechaliśmy zobaczyć Taranaki.
Wulkan Taranaki to ta zielona kropka na zachodzie północnej wyspy. Cała aktywność geotermiczna skupiona jest w centralnej części wyspy, dlatego wulkan Taranaki nie jest aż tak obleganą atrakcją turystyczną. Więc nie będzie tłumów! Jedziemy! A jak widzicie, festiwal łamania języka trwa! Jechaliśmy między innymi przez Paekakariki i Paraparaumu!

Jak zawsze towarzyszyły nam piękne widoki.


Piękne kręte drogi.
Do pokonania mieliśmy całkiem długą drogę, dlatego wierzchołek wulkanu ukazał się nam dopiero przy zachodzie słońca. Zrobił na nas naprawdę duże wrażenie, ale postanowiliśmy, że lepiej przyjrzymy mu się rano. 
Tutaj nasz niezawodny apartament na polu kempingowym :)
 Teraz trochę na temat pól kempingowych. Co prawda my zamierzaliśmy spać na dziko, ale jak już wiecie, w Nowej Zelandii jest to bardzo trudne, toteż poddaliśmy się. Pola zwykle kosztowały nas ok 20$/os. Więc nie było źle. Trzeba też przyznać, że każdy z odwiedzonych nas ośrodków miał naprawdę dobrze przygotowane zaplecze sanitarne. Jak mówi pierwsza zasada biwaku - prysznic to luksus, ciepła woda to luksus luksusów, a nieograniczony dostęp do jednego i drugiego to już jawne łamanie zasad biwaku. My musimy przyznać, że 5 minut na prysznic to naprawdę dużo!
Po porannym luksusie udaliśmy się w drogę na wulkan. Chcieliśmy objechać go dookoła, a potem jechać dalej. Niestety tamtego dnia było bardzo pochmurno i wulkanu prawie nie było widać...
...ani troche...
...ani kawaleczek.
Trzeba przyznać, że spodziewaliśmy się lepszego widoku...
I już mieliśmy wracać, gdy... Wojtek postanowił skręcić na Muzeum Transportu. Nie, żebyśmy chcieli odwiedzić muzeum, ale po prostu była to dobra okazja na zbliżenie się do wulkanu. 
I zaczęło się robić całkiem ciekawie!
Dojechaliśmy do początku trasy na Wodospady Mangakotukutuku... Serio, maoryskie nazwy bywają trudne.
I wystarczyło przejść przez płot... znaleźliśmy cudną łąkę, w sam raz na śniadanie.
I niespodziewanie chmury zrobiły nam niespodziankę i postanowiły sobie pójść :)

I tutaj będzie ciekawostka. Pamiętacie film Ostatni Samuraj? Dzięki temu, że Taranaki ma kształt niemalże idealnego stożka, posłużył jako zastępstwo za japoński wulkan Fudżi właśnie w filmie Ostatni Samuraj.

Spotkaliśmy też nowozelandzkie zwierzęta obronne. 

Następnie, już najedzeni i nacieszeni widokami wulkanu, wyruszyliśmy ku dalszym przygodom. Wojtek znalazł w internecie informację na temat "Autostrady Zapomnianego Świata". Brzmi nieźle, co? No pewnie, że jedziemy!
Według map googla mieliśmy do przejechania 149 kilometrów zapomnianą autostradą ze Stratford do Taumarunui. Miało nam to zająć 2 godziny.
Zaczęło się fajnie, pagórki, drzewa, piękne widoczki. Powoli mieliśmy wrażenie, że to już Hobbiton.



Tutaj można zobaczyć w tle nasz wulkan Taranaki, którego czubek już buja w obłokach.

Tutaj należy wspomnieć, że przez pierwsze 50 kilometrów na drodze byliśmy zupełnie sami. Później zaczęliśmy się zastanawiać, jakim cudem 10/10 samochodów jadących z przeciwnej strony to stare amerykańskie szafo-fury.
A to nie jest żart- to jest tunel na drodze stanowej 43...
Wiecie jak nazywa się ten tunel?
Nora Hobbita :)
A zaraz za tunelem... wjechaliśmy do innego kraju. Lidka była tak zaskoczona tym, co ujrzała, że nie zdążyła zrobić zdjęcia, dlatego musieliśmy poratować się zasobami internetu.
Nie da się ukryć, że wjechaliśmy do stolicy Republiki Whangamomona. I tu kilka ciekawostek...
1. Republika liczy sobie zawrotną liczbę stałych mieszkańców.,. 18.
2. W 1989 roku mieszkańcy zaprotestowali przeciwko zmianie granic i przeniesieniu Whangamomona z regionu Taranaki do regionu Manawatu-Wanganui (jakoś nas to nie dziwi, biorąc pod uwagę skomplikowanie nazwy). W ramach protestu postanowili stworzyć niezależną Republikę.
3. Pierwszym prezydentem został Ian Kjestrup. O swoim starcie w wyborach dowiedział się, kiedy zobaczył kartę do głosowania. Służył 10 lat. Drugim prezydentem została koza... Billy Gumbot został wybrany na prezydenta po tym, jak zjadł głosy przeciwników. Zmarł po 18 miesiącach swojej służby w biurze. W związku z tym trzeba było wybrać kolejnego prezydenta. W 2003 roku został nim Tai... Pudel, który jednak po roku przeszedł na emeryturę tłumacząc się załamaniem nerwowym spowodowanym przez nieudany zamach na niego. Czwartym prezydentem został już człowiek, Murt Kennard, który jednak również miał coś wspólnego ze światem zwierzęcym, a mianowicie był nazywany Murtem Żółwiem. W 2015 roku po śmierci Murta, prezydentem została po raz pierwszy kobieta - Vicki Pratt, prowadząca lokalny pub.
4. Republika ma własne paszporty, które można nabyć w miejscowym barze. Łatwo tam trafić, bo jest tylko jeden.
A kolejną niespodzianką, jaka nas tam spotkała był... zjazd miłośników starych amerykańskich samochodów. I ot! Zagadka rozwiązana. Miłośnicy zapewne właśnie nabywali paszporty republiki :)

Lidka nie mogła nie zapozować z żółtym cackiem!










Co za kolor!



Po niezaplanowanej przerwie na zdjęcia, pojechaliśmy dalej. Wyjeżdżając, dowiedzieliśmy się, że właśnie opuszczamy Republikę i że witamy w Nowej Zelandii. Uff... całe szczęście nie przymknęli nas za nieposiadanie paszportów! (Whangamomonońskich oczywiście :) )
I chwilę po wjechaniu do Nowej Zelandii zrozumieliśmy dwie rzeczy.
1. Wyjeżdżasz z Republiki, to asfalt się kończy.
2. Dlaczego ktoś to nazwał "Zapomnianym Światem".
Miejscami było wąsko i stromo. I właśnie w tym miejscu Lidka stwierdziła, że mijanie się dwóch samochodów na tej drodze nie jest możliwe. I dosłownie chwilę później mijaliśmy się z TIR-em. Całe szczęście, że w NZ obowiązuje ruch lewostronny...
...i nie musieliśmy jechać przy krawędzi urwiska.
Miejscami przejazd utrudniały spadające kamienie. I tutaj też zastanawialiśmy się, jak na tej drodze poradziły sobie szafo-fury. I jak niektóre z nich przeprawiły się przez Hobbicią norę...

Jeszcze trochę widoczków.

I na koniec kilka faktów o naszej autostradzie.
1. Mierzy ona 149 kilometrów, ale na jej przejechanie potrzeba co najmniej 3,5 godziny.
2. Nasza Autostrada Zapomnianego Świata została uznana przez policję za jedną z najniebezpieczniejszych dróg Nowej Zelandii. Ten tytuł wywalczyła sobie dzięki śliskiej nawierzchni i osuwiskom. Jednak droga ta nie może zostać zamknięta, z powodu zbyt niskiego natężenia ruchu (?). Zostawiliśmy za sobą Zapomniany Świat i dotarliśmy na jeden z punktów widokowych.
W oddali widać wulkany, na które zamierzamy się wspinać nazajutrz. Ale najpierw... dojechaliśmy do obszarów aktywności geotermalnej i oglądaliśmy ich walory.
Na pierwszy rzut... mała dziurka z bulgoczącą wodą...

Wojtek postanowił sprawdzić temperature - woda niemal wrzała.


Oprócz bulgoczącej wody, było także bulgoczące... błotko


Po zapoznaniu się z atrakcjami regionu, udaliśmy się na camping (pierwszy lepszy, bo w Taupo jest tylu turystów, że ceny są wszędzie takie same). Plan był taki, że z samego rana wyruszamy na Tongariro Alpine Crossing - czyli ponad 20-kilometrowy spacer po Mordorze. 

Ale jak wiecie, u nas nic nie przychodzi łatwo. Pierwszy duży spacer (Kepler Track we Fiordlandzie) musieliśmy odpuścić ze względu na warunki pogodowe. Tym razem również nie obeszło się bez problemów. 
Tongariro Alpine Crossing to trasa w jedną stronę. A my mieliśmy jeden samochód, co oznaczało, że albo przed szlakiem, albo po, będziemy musieli pokombinować jak znaleźć się w odpowiednim miejscu. Jak nietrudno się domyślić, szlak zaczyna się w punkcie 1, a 2 to koniec. To przysparza trochę problemów posiadaczom samochodów. Ale na nasze szczęście, są tam dostępne specjalne busy, kursujące pomiędzy początkiem, a końcem trasy. 37 dolarów za osobę!!!!!!! Przejechanie 25 kilometrów kosztuje 37 dolarów nowozelandzkich za osobę. Zgodnie stwierdziliśmy, że nie mamy zamiaru płacić za dostanie się na szlak, w związku z czym postanowiliśmy zostawić auto na końcu szlaku, po czym złapać stopa i pojechać na początek trasy. 
Zanim jednak wyruszyliśmy, nastąpiło obowiązkowe oklejanie stóp. 
A potem... Łapiemy stopa. Tu należy nadmienić, że była godzina 10 rano, czyli wszyscy prawdopodobnie byli już na szlaku. Ale daliśmy sobie pół godziny, inaczej mieliśmy zacząć szlak od końca, a po wyprawie dopiero martwić się o powrót do samochodu. Przez pierwsze 15 minut minęła nas tylko śmieciarka. A potem długo długo nic.
I w końcu zobaczyliśmy, że dwa samochody zwalniają! I pojechały dokładnie tam, gdzie patrzył Wojtek, na koniec szlaku... Pech to pech.
Ale po chwili jeden z samochodów wyjechał z tejże uliczki, ujrzeliśmy otwierające się okno i usłyszeliśmy "Możecie z nami jechać, jeśli znajdziecie dla siebie miejsce na tylnym siedzeniu". Przemiła para młodych turystów z Niemiec (w Nowej Zelandii bogaci niemieccy nastolatkowie to zdecydowana większość turystów) zabrała nas na początek szlaku. I tym oto sposobem mogliśmy rozpocząć Tongariro Alpine Crossing, czyli szlak po wulkanach, a ściślej mówiąc - po Mordorze.
Tongariro Alpine Crossing to (w teorii) 19,4 kilometrowa piesza trasa, która podobno zasługuje na miano najwspanialszej jednodniowej wycieczki na świecie. Oczywiście i tym razem zamierzaliśmy sprawdzić, czy nasz przewodnik przypadkiem nie wyolbrzymia splendoru tego miejsca.
Zaczęliśmy spacerem w pełnym słońcu, a szliśmy przez malowniczą dolinę od parkingu Mangatepopo.
A teraz, żeby uniknąć oskarżeń ze strony osób, które nie są fanami/nie widziały filmów z serii Władcy Pierścienia i Hobbita, jakobyśmy pomijali istotne informacje, przybliżymy nieco, czym jest Mordor. Mordor to takie wielkie, straszne, ciemne miejsce z wulkanem, do którego zmierza grupa przyjaciół (niezbyt wysokich), w celu zwrócenia niechcianej biżuterii.

Do Mordoru zmierzała także Lidka (również niewysokiego wzrostu), aczkolwiek nawet nie przyszło jej do głowy, aby jakąkolwiek biżuterię zwracać.
I tak sobie spacerowaliśmy, aż naszym oczom ukazał się wierzchołek Ngauruhoe (nie, nie zrobiliśmy tutaj literówki, on naprawdę się tak nazywa).
Pierwsze zdjęcie z wulkanem. No i idziemy dalej, a szło się miło, bo było płasko, jak na górski spacer.

I po chwili zbliżyliśmy się mocniej do najprawdziwszych skał magmowych. I tutaj trzeba przyznać, że jakoś ciężko nam było sobie wyobrazić, że kilkadziesiąt lat temu te skały były płynącą lawą.
Wulkan Ngauruhoe (2287 m n.p.m.) w ostatnim stuleciu wybuchł 45 razy, a ostatnio w 1975 roku.
Zatem ścieżka wiodła nas wprost przez skały magmowe.


A potem było "delikatnie w górę".
Przed pierwszym podejściem zobaczyliśmy tablicę informacyjną, na której widniał profil szlaku i pytanie: "Czy naprawdę uważasz, że jesteś w stanie zrobić to podejście? Jeśli nie, nie ryzykuj, tylko zawróć". A profil wygląda tak:
Podejście za Soda Springs do Południowego Krateru - niemal 300 metrów wysokości na bardzo krótkim odcinku. Oczywiście, że damy radę!


Żeby chociaż na chwilę odpocząć, Lidka zatrzymywała się, w celu zrobienia zdjęć.
Ale zaraz potem Wojtek ją pogonił do przodu.
Znaleźliśmy informację o zagrożeniu wulkanicznym, ze wskazówkami, co robić w razie wybuchu.
Na całe szczęście wulkan postanowił akurat nie wybuchać i mogliśmy chwilę odpocząć.
I tu trzeba przyznać, że im wyżej wchodziliśmy, tym lepiej wyglądał wulkan Ngasdykfagdofycgasdf.
I jesteśmy! Płaski krater południowy! Przepiękna pustynia!
Niby Mordor, a jednak trochę Gwiezdne Wojny. Czyli raj dla Wojtka :)






"Jestem w Mordorze, a pierścień wciąż na swoim miejscu!"

I kolejne zdjęcie z wulkanem, którego nazwa zaczyna się na "Ng", ale już jest późno i Lidka zrezygnowała z prób nauczenia się tej nazwy.
Aktualnie znajdujemy się zaraz przed Czerwonym Kraterem, czyli... całkiem wysoko. W tym miejscu mieliśmy do wyboru - albo idziemy wciąż szlakiem (do Szmaragdowych Jezior), albo wspinamy się na Tongariro (1967 m n.p.m.).
Jako, że wcześniej, ze względu na zbyt późne wyruszenie na szlak, byliśmy zmuszeni do odpuszczenia dodatkowych 4 godzin na wspinaczkę na wierzchołek Ng... (wybaczcie), teraz postanowiliśmy nie odpuszczać i poświęcić 2 godziny na wspinaczkę na Tongariro, z czego 99% ludzi rezygnowało, ze względu na niesamowicie silny wiatr.
No ale my na szczęście mieliśmy wełniane czapki i nieco cieplejsze ubrania.
Złapaliśmy widok na całkiem niebieskie jeziorko, do którego mieliśmy się udać później.


A potem to już wspinaczka po piachu.

I coraz więcej chmur...

Ale nawet w Mordorze zakwitnie czasem życie!




Chwilami wspinaczka była naprawdę ciężka.


Niestety byliśmy bardzo wysoko, więc widok przysłaniały nam chmury... ale chwilami łapaliśmy widok na całą okolicę i uwierzcie nam na słowo, że widok był  oszałamiający!!!


Ta trasa była na prawda super!



Teraz już schodzimy w stronę jezior, które są jedną z głównych atrakcji Mordoru.


Fotek na tle Nr.... Wulkanu nigdy nie za wiele :)



Ale po drodze mijamy jeszcze Czerwony Krater, co oznacza, że właśnie znajdujemy się w najwyższym punkcie naszej wycieczki i teraz podobno będziemy już tylko schodzić. Ostatni raz Czerwony Krater dał o sobie znać w 1926 roku.
Szczyt!


I zaczyna się widoczek na przepiękne jeziorka. Jednak wierzcie nam na słowo, piękniejsze są, gdy zatka się nos ;)



Teraz zwróćcie uwagę na te postaci, maszerujące z lewej strony zdjęcia. Przed nami było bardzo strome i luźne osypisko do pokonania. Na szczęście szliśmy w dół, ale część ludzi musiała pokonać to osypisko pod górę... Nie zazdrościliśmy ani trochę.



Dotarliśmy do Krateru Centralnego i tu właśnie obiecano nam, że najtrudniejsza część za nami.


Następnie dotarliśmy do Jeziora Błękitnego i tutaj nadszedł czas na posiłek. Puszkowane gruszki i mango w takiej scenerii - bezcenne :)
Do Mikołaja - tak, Wojtek własnie robię zdjęcia plecaka :)
Jeszcze jedna krótka wspinaczka i widzimy za sobą piękną panoramę Mordoru.

Ale jednak coś było nie tak. Mieliśmy wrażenie, że o czymś zapomnieliśmy. Tylko o czym... Mordor za nami, a Lidka wciąż nosi pierścień na palcu! A dookoła ani jednego złośliwego Golluma!
Na nic zdały się Lidki poszukiwania... Co prawda pierścienia oddać nie chciała, ale byłoby całkiem na miejscu poinformować wszystkie złośliwe stworzenia, czyj jest ten preszys...
Przed nami już tylko zejście do Chaty Ketetahi i parkingu.

I piękne widoki na okolice Wyżyny Wulkanicznej.



Wojtek jak zawsze sprawdza, jak zimna jest woda w strumyku.


Gdzieniegdzie można było dostrzec parę wodną, wydostającą się spod ziemi, co przypominało nam, w jak niebezpiecznym miejscu się znajdujemy. Na tym zdjęciu nie ma chmur...

Na koniec jeszcze wędrówka przez las!





I jesteśmy na końcu...
Spacer po wulkanach uważamy za jedną z najlepszych chwil naszych wakacji w Nowej Zelandii.
Według trasy mieliśmy zrobić 19,4 km, nam to zajęło nieco więcej, bo ponad 27 kilometrów. Spacerowanie po wulkanach jest fantastyczne!
Po 8 godzinnym wyzwaniu udało nam się dotrzeć do samochodu i trzeba było zaplanować, co robimy dalej. Najpierw prysznic! Dotarliśmy do Taupo, czyli głównego miasteczka nieopodal Mordoru i znaleźliśmy świetną opcję na kąpiel.
Woda była rześka, ale to akurat było przyjemne :)
Po kąpieli i przepysznej pizzy udaliśmy się dalej na północ w stronę miejscowości Rotorua, czyli najbardziej gorącego miejsca Nowej Zelandii, słynącego z wybuchających gejzerów, gorących źródeł i bulgoczącego błota. Szybko nastawiliśmy GPS i ruszyliśmy dalej do... "Przytulnego Domku w Termalnym Ośrodku Wypoczynkowym". Brzmi podejrzanie, zobaczymy, co nam zaoferują :) Ale o tym- w następnym odcinku.
I jak zawsze - w tym odcinku również, według googla przejechaliśmy niecałe 1000 kilometrów, a w rzeczywistości... dużo dużo więcej. Ten odcinek był dedykowany przede wszystkim wulkanom, które naprawdę warto zobaczyć! Za nami już 10 dni pełnych przygód. Zostało nam zaledwie kilka dni, ale możecie nam wierzyć, że były one intensywne, zaskakujące i dostarczyły nam wrażeń, których nigdy nie zapomnimy!
A teraz tradycyjnie...
zapraszamy na następną, już piątą część Filipków w Nowej Zelandii!

L&W


1 komentarz: