piątek, kwietnia 08, 2016

# BIWAK W AUSTRALII CZYLI WŁAMANIA KRADZIEŻE I POBICIA

Dzisiaj szokująca relacja z wydarzeń, jakie miały miejsce kilka dni temu :)
Co prawda jeszcze nie skończyliśmy opisywać naszych hobbitowych przygód, ale w ostatnich dniach doszło do niepokojących wydarzeń.Tak się złożyło, że mieliśmy dwa dni wolnego razem (co rzadko się zdarza). Postanowiliśmy więc wykorzystać ten czas i udać się na... biwak! Trochę zatęskniliśmy za naszym rewelacyjnym namiotem i zapytaliśmy internet, gdzie w pobliżu Sydney możemy pobiwakować. Odpowiedź? The Basin.
Miejsce oddalone od naszego domu o nieco ponad 2 godziny drogi. Najpierw autobus na Palm Beach, a potem 20 minut promem do the Basin.
Po wyjściu z promu naszym oczom ukazało się pole namiotowe i miejsce na piknik. Wiedzieliśmy też, że warto zabrać ze sobą sprzęt do snorkelingu. 
Ale po chwili zobaczyliśmy też, że nie jesteśmy tam sami.
Rozłożyliśmy namiot, co zajęło nam nieco ponad trzy i pół minuty i szybko pobiegliśmy do wody! Pogoda nam sprzyjała, gdyż tamtego dnia było bardzo słonecznie (32 stopnie).
 Na plaży byliśmy prawie sami.
 A w wodzie... Znaleźliśmy rybki, których wcześniej nie widzieliśmy :)





Po drugiej turze kąpania Wojtek postanowił sprawdzić, czy futrzaki dadzą się nakarmić. Wcześniej opiekunka terenu powiedziała nam, że karmienie ich owocami to nie jest dobry pomysł, ale że wprost uwielbiają szyszki!
 Ale... futrzaki nie były zainteresowane.
 Dosłownie miały nas gdzieś.

 Ale... nie zignorowały nas. Knuły już w swoich małych główkach niecny plan, o czym niestety nie wiedzieliśmy.

 "Ale co ? Jaki namiot?"
Zostawiliśmy futrzaste stworzenia i poszliśmy na kolejną rundkę snorklowania. Ale... po drodze spotkaliśmy coś niefutrzastego.
Ten oto jegomość udawał... korzeń (polują na ptaki w ten sposób). I całkiem dobrze mu to wychodziło, bo Wojtek go nie zauważył i przeszedł obok całkiem obojętnie. Ale sokole oko Lidki wypatrzyło jaszczura!
 Był ogromny. Wojtek podszedł nawet trochę zbyt blisko, bo jaszczur się lekko zdenerwował.
 Nie od dzisiaj wiadomo, że tak duże zwierzęta powinny mieć imię. Lidka wymyśliła! Imię tego pana to... Krokodyl!
Chwile po tym odkryciu znów wskoczyliśmy do wody, gdzie widzieliśmy mnóstwo płaszczek! Te akurat jadowite (ale nie bardzo) więc trzeba było uważać na ogony :)









 Na tym biwaku okazało się, że Wojtek jest mało spostrzegawczy i bardzo dobrze, że ma u boku Lidkę, która... znalazła rozgwiazdę!
 ...wielkości ręki! ;) Po czym okazało się, że były nawet dwie :)
 i znalazła się trzecia :) (tutaj już Wojtek się popisał)
 Wyszliśmy z wody i w drodze do namiotu postanowiliśmy sprawdzić, co słychać u Krokodyla.
Był na drzewie. I jak się potem okazało, spędził tam następne 20 godzin.
 "ej krokodyl rusz się trochę, bo nudzi mi się patrzenie, czy na mnie nie polujesz..."
Zapomnieliśmy wspomnieć, że na naszym polu namiotowym były grille.
 Całkiem smaczne i w pełni darmowe grille.
A w wolnych chwilach było drapanko :) Futrzaki (którym nadaliśmy inną nazwę, ale o tym za chwilę) odkryły, że skoro mają za krótkie łapki by samemu podrapać się po zadku, mogą robić to sobie nawzajem. Całkiem sprytne bestie...
A teraz wracamy do części właściwej. Jak tytuł posta wskazuje, padliśmy ofiarami włamania, kradzieży i pobicia. Bo tak naprawdę wszyscy mieliście rację, przestrzegając nas przed Australią. Tutaj biwakowanie jest niesamowicie niebezpieczne...
Otóż, na biwaku poznaliśmy pewną parę. Czech i Filipinka. Baaardzo mili ludzie, którzy zaprosili nas na ognisko. Były pieczone pianki (jak na amerykańskim filmie), wino i opowieści. Wieczór mijał nam bardzo przyjemnie z nowo poznaną parą. W pewnym momencie Wojtek został oddelegowany do namiotu, żeby przynieść coś do picia. Kiedy zbliżył się do namiotu, ujrzał scenę mrożącą krew w żyłach: namiot otwarty, obok namiotu rozrzucone worki z prowiantem i mały drań uciekający w podskokach. Tak. OKRADŁY NAS KANGURY! Te małe łapserdaki (od dziś tak nazywamy te stworzenia) otworzyły nasz namiot (podwójny zamek) i wyciągnęły torbę z jedzeniem. Straty: 3 bułki, 3 banany i 2 jabłka. Całe szczęście, jeszcze nie potrafią otwierać puszek, bo fasolę też by wzięły. Tym oto sposobem zostaliśmy obrabowani i na śniadanie została nam... PUSZKA FASOLI. Należy jednak nadmienić, że w okolicach naszego campingu nie było żadnego sklepu, w związku z czym musieliśmy się przygotować na ciężki poranek. I tutaj pojawiają się pewne przemyślenia. No bo wyobraźcie sobie, że jedziecie na biwak na outback, Rozkładacie namiot, idziecie spać, budzicie się rano, a tam zero jedzenia. Małe łapserdaki ukradły wszystko! A do najbliższego sklepu 500 kilometrów. To musi być dramat. Biwakowanie w Australii bywa niebezpieczne...
Ale, jak już wspominaliśmy, padliśmy ofiarą włamania, kradzieży i pobicia. Włamanie i kradzież były, teraz pobicie. Małe łapserdaki, kiedy już położyliśmy się spać, postanowiły zrobić sobie z naszego namiotu... HOPSALNIĘ! Nie wiemy dlaczego, ale futrzaki upodobały sobie nasz namiot żeby po nim skakać. A że namiot mały, to musieliśmy spać blisko ścian, które co chwile nas tłukły... To była naprawdę ciężka noc. Na szczęście rano nasi nowi znajomi poratowali nas śniadaniem i czymś na pocieszenie duszy także. Rozegraliśmy razem partyjkę pokera, wymieniliśmy się kontaktami i...
 ... musieliśmy się zbierać do domu.
 Pan kapitan naszego promu zademonstruje nam australijskie podejście do pracy :)
Podsumowując nasz biwak, straciliśmy śniadanie, ale zyskaliśmy przygodę. Bo musicie wiedzieć, że dobra przygoda jest lepsza niż najpyszniejsze śniadanie! Ale z tej historii wynieśliśmy pewną naukę. Ogromny krokodyl nic nam nie zrobił. Płaszczki nic nam nie zrobiły. Meduzy nic nam nie zrobiły. Obrabowały i pobiły nas małe, słodkie, futrzaste stworzonka. Nauka? Nigdy nie ufaj nawet najsłodszemu stworzeniu na świecie, w szczególności w Australii!
Kolejną przygodę planujemy na następny weekend - biwak w Górach Błękitnych! Jest szansa spotkać wombaty. Czy okażą się one słodkimi futrzakami czy bezwględnymi kryminalistami??? Wszystko przed nami!

Pozdrawiamy
Lidka & Wojtek

0 komentarze:

Prześlij komentarz