wtorek, grudnia 22, 2015

# WAKACJE NA WAKACJACH CZĘŚĆ 2

W dzisiejszym odcinku przedstawiamy kolejną część naszych wakacyjnych przygód!

Doszły nas słuchy, że poprzednia część bardzo Wam się spodobała! Oto dowód:
I tutaj pojawia się kilka pytań. Czy może być jeszcze ciekawiej? Czy jest coś ciekawszego, niż rafa koralowa w Cairns? Czy spotkali ciekawsze zwierzę niż wielka niebieska ryba? Odpowiedź raczej nie będzie zaskoczeniem. Otóż 3 X TAK!!!

Zaczniemy od tego, że plan wycieczki rodziców obejmował przejazd wynajętym samochodem z Cairns do Sydney. My mieliśmy im towarzyszyć na odcinku Cairns - Townsville, a po małej zmianie Cairns - Mackay i z Mackay wrócić do Sydney samolotem. 
Jak wynika z mapy, do pokonania mieliśmy około 800 km (standardowa trasa + dodatkowe kilometry na zwiedzanie) w 5,5 dnia. Nie mieliśmy raczej ustalonego planu wycieczki - po prostu jedziemy i sprawdzimy co ciekawego jest po drodze. Jak pomyśleli, tak zrobili. Zaczęliśmy od zwiedzenia lasu tropikalnego, który ani trochę nie znajdował się na trasie Cairns - Sydney, co jak się potem okazało, miało swoje zalety (o tym później).
W pierwszej kolejności w drodze do lasu zatrzymaliśmy się na punkcie widokowym na Cairns.
W lesie tropikalnym oprócz wysokiej temperatury i jeszcze wyższego poziomu wilgotności powietrza, nie mogło zabraknąć również zachwycającej roślinności....





... i jaszczura, siedzącego na palmie.
 I przypomnienie dla turystów: twoje śmieci - twoja odpowiedzialność. I co ciekawe, w Australii to działa. Wiadomo, że w najpopularniejszych turystycznie miejscach zawsze znajdzie się ktoś, kto nie dba o to, gdzie wyrzuca śmieci. Ale w większości miejsc jest naprawdę czysto.
 Następnym punktem naszej wycieczki był Barron River falls. Szybki rzut okiem na tablicę informacyjną...
 ... i ruszamy w drogę.
 Mieliśmy też chwilę na obudzenie Tarzana w męskiej części wycieczki :)

 W informacji turystycznej powiedziano nam, że o tej porze roku wodospad nie zrobi na nas większego wrażenia, ponieważ stan wody w rzece jest bardzo niski. Mimo to, byliśmy bardzo zaskoczeni wysokością wodospadu.
 A jak wodospad wygląda w porze deszczowej?
Trzeba przyznać, że moc natury robi wrażenie!
Nie obyło się również bez zdjęć z wodospadem :)

A tutaj damska odpowiedź na Tarzana - czyli obserwujemy, pozujemy, uśmiechamy się i dobrze na tym wychodzimy!






 Następny punkt wycieczki to po prostu spacer w nieznane - Wojtek obrał kierunek...
 ... a tata Filipek nie protestował!
 Tutaj ciekawostka przyrodnicza. Bo moglibyście zapytać, jakim cudem od kilku godzin chodzimy po lesie tropikalnym w Australii, a co gorsza w Queensland i wciąż jesteśmy cali, żywi, zdrowi. No bo gdzie te wszystkie zabójcze pająki, krokodyle, węże i meduzy giganty?
Poniżej odpowiedź na pytanie o węże. Otóż w lesie tropikalnym mozna znaleźć takie oto naturalne "kosze".
Ten co prawda jest naziemny, ale większość z nich znajduje się bardzo wysoko na drzewach. Przy jednym z nich znaleźliśmy informację, że w tych właśnie koszach wygrzewają się pytony, dlatego właśnie aborygeńscy rodzice nie pozwalają dzieciom wspinać się na drzewa.

 My na całe szczęście żadnego węża nie spotkaliśmy.
Ale trafiliśmy na inne niebezpieczeństwa. Bo kiedy w mężczyźnie budzi się Tarzan...
 ...
 ... może się to skończyć wizytą u dentysty i całkiem sporym rachunkiem  (oszczędzimy Wam zdjęć). Ale nie martwcie się, Wojtek ma się dobrze, jego ząb też, a koszty pokryje ubezpieczenie.
 Na dowód, że Wojtek jest cały, wrzucamy zdjęcie z naszej kolacji pod gabinetem stomatologicznym...
 Po nieplanowanej wizycie u dentysty ruszyliśmy w dalszą drogę.
Następnego dnia rano (około 6:30) Andrzej nie mógł się nadziwić jak mama Filipek, tata Filipek i Lidka mogą już zmierzać na plażę. Wyżej wymienieni, z kolei zastanawiali się, dlaczego Andrzej woli siedzieć przy laptopie, niż iść poznać kolejną plażę. I tutaj należy zdementować plotki, jakoby to Lidka była śpiochem! Ponieważ w tym samym czasie Wojtek słodko spał.

 Kto rano wstaje - temu natura daje. Na plaży można było obserwować śniadanie pelikanów. Niestety Lidka jeszcze nie opanowała sztuki robienia zdjęć nad wodą, dlatego pelinaków nie pokażemy. Ale wierzcie nam na słowo - żywa ryba przedostająca się z wody, przez dziób pelikana, aż do jego żołądka to naprawdę ciekawy widok!
A po plażowaniu nadszedł czas na przemierzanie kolejnych kilometrów!

No i zupełnie niespodziewanie natrafiliśmy na ciekawe miejsce. Murdering Point Winery, czyli winiarnia w Morderczym Punkcie. Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, otoczenie winiarni wyglądało tak:



... czyli dosyć niepozornie. A i w środku też niczego sobie.

Winiarnia specjalizuje się w winach z owoców tropikalnych.
Mogliśmy skosztować win z liczi, mango, marakui i innych egzotycznych owoców.
Zgadniecie jakie wino wybrała sobie Lidka do spółki z Wojtkiem? Oczywiście nasza ulubiona marakuja :)

A w winiarni miła pani opowiedziała nam, skąd ta mrożąca krew w żyłach nazwa. Historia sięga 1878 roku, czyli czasu, kiedy północną część Australii ogarnęła gorączka złota. W tamtym czasie do Australli próbowało się przedostać wielu śmiałków. Niestety napotykali oni po drodze Wielką Rafę Koralową, gdzie statki rozbijały się. U wybrzeży Australii dochodziło wtedy do wielu katastrof. Jeden ze statków, a mianowicie "Ranny Ptaszek" rorozbił się wtedy właśnie na rafie, a jego załodze udało się dostać na północną część Kurimine Beach (plaży z pelikanami). Załoga postanowiła rozbić obóz na plaży i spędzić tam noc. Ale nie dane im było dożyć następnego ranka, bowiem zaatakowała ich grupa autochtonów. Rozbitkowie zostali zamordowani, a ich ciała zostały częściowo zjedzone. Po kilku tygodniach lokalna policja znalazła szczątki rozbitków i oznaki, świadczące o obecności aborygenów na tym terenie. I tak właśnie to urocze miejsce zyskało tak mroczną nazwę.

Po zapoznaniu się z historią miejsca oraz z lokalnymi specjałami, ruszyliśmy dalej w kierunki Mission Beach. Tam mieliśmy chwilę poplażować, zjeść obiad, a następnie wyruszyć dalej. W informacji turystycznej dowiedzieliśmy się, że znajdujemy się tuż obok rezerwatu kazuarów, których fanką jest Dorota.
Zaczęliśmy od plaży! No bo przecież jesteśmy w Australii!
 Na plaży każdy z nas znalazł sobie rozrywkę.
Męska część Filipków zajęła się graniem w siatkę...
 ... ale po chwili postanowili dołączyć do sekcji jogicznej....
 ... jednak z powodu widocznego braku sukcesów, każdy poszedł w swoją stronę. I nie myślcie sobie, że Andrzej tak po prostu leży sobie na piasku! Andrzej był instruktorem jogi!
A co robiła Lidka? Lidka postanowiła pobawić się w Sherlocka. Na plaży można było zobaczyć miliony małych kuleczek, ułożonych w ciekawe wzory. Ale skąd one się tam wzięły?

 I rozwiązanie zagadki:
Te małe kuleczki pochodzą od maleńkich krabików, drążących tunele w piasku.




A co tam takiego ciekawego na górze?
 Wracając z plaży trafiliśmy na czarne kakadu! Białe (czyli te, które żywią się klamerkami do prania) to dla nas codzienność. Ale czarne są chyba jeszcze piękniejsze.

A potem przyszła pora na obiad. Jak widać na poniższym zdjęciu, menu tamtego dnia bardzo nam odpowiadało :)
Nawet poczuliśmy lekki klimat świąt!
Po dobrym obiadku nadszedł czas na kawę w przeuroczym miejscu, którego właścicielami byli najbardziej wyluzowani ludzie Australii. Albo po prostu ludzie z Outbacku. I tutaj wyjaśnimy czym jest Outback. Definicja oficjalna:
określenie rozległych, słabo zaludnionych, w przeważającej części pustynnych i półpustynnych obszarów w środkowej Australii.
Tak jest w teorii. W praktyce outbackiem nazywa się wszystko to, co znajduje się poza granicami Sydney, Melbourne, Canbery i kilku innych większych miast. I w sumie jakoś nas to nie dziwi, bo podczas podróży z Cairns wielokrotnie widzieliśmy jedno wielkie NIC, przejeżdżając z jednego miasta do drugiego. Ale uwierzcie nam, to naprawdę było NIC. No, chyba, że gigantyczne uprawy trzciny cukrowej (odnieśliśmy wrażenie, że zajmowały one 2/3 Queensland).
Po kawie już byliśmy gotowi na spotkanie z kazuarem!W sumie wszyscy mieliśmy ochotę go zobaczyć, chociaż nie bardzo wiedzieliśmy, co mielibyśmy wtedy zrobić. Powiedzieć "cześć kazuar, jesteśmy z Polski, nie zjadaj nas?"
Dotarliśmy do miejsca, w którym "na pewno jest około 50 sztuk dzikich kazuarów". Wiedzieliśmy jednak, że rezerwat jest tak wielki, że trzeba mieć naprawdę ogromne szczęście, żeby spotkać ptaszora. I w sumie nawet poczuliśmy ulgę (Lidka i Wojtek). Dlaczego?
Te wielkie nieloty mogę urosnąć aż do 180cm wysokości i 70 kg wagi. Do tego mają przeogromne pazury, które wzbudzają respekt. Są najgroźniejszymi ptakami na ziemi. A do tego należy Wam się, Drodzy Czytelnicy, pewna opowieść, którą kiedyś słyszeliśmy. Otóż mówi się, że w Queensland (czyli stolicy wszystkiego co zabójcze) matki odprowadzają swoje dzieci do szkoły w asyście... wideł. Podobno kazuary boją się wideł (bo przypominają im kazuarze szpony, tylko że większe), dlatego uznaje się, że eskorta widłowa może uchronić dzieciaki przed atakiem wściekłego ptaka. Nie śmiemy poddawać w wątpliwość tej opowieści, dlatego do lasu wchodzimy ogarnięci lękiem...
No i gdzie ten kazuar?
Tu go nie ma...
Tu jest tylko ucieszony Wojtek. Swoją drogą spójrzcie na jego obuwie wędrowne. Szczyt nieodpowiedzialności! Australia, Queensland, las i ... japonki??!!
Ale trafił swój na swego. Lidka też przemierzała dżunglę w japonkach.




 Udało nam się znaleźć oznaki obecności kazuara. Jednak nikt nie podjął się sprawdzenia, czy odchody są świeże.


Finalnie, oprócz pięknej roślinności i odchodów kazuarów (sztuk 2) nie spotkaliśmy ani jednego osobnika... ale może to i lepiej? Przecież nie mieliśmy ze sobą wideł!
Nadszedł czas na kolejną podróż na południe. Tym razem krajobraz był wypełniony (o dziwo!) nie trzciną cukrową, a bananowcami!

Następnego dnia rano zjedliśmy śniadanie na świeżym powietrzu. Ah, no tak. Zapomnieliśmy napisać, że w Queensland było meeeeeega gorąco. W nocy było naprawdę ciężko zasnąć. Plan był taki, że w dalszym ciągu jedziemy na południe, ale o 18 mamy prom z Townsville na Magnetic Island (to był pomysł Wojtka, który później dostał od nas za to nagrodę dla przewodnika roku).

Czasu mieliśmy całkiem sporo, dlatego postanowiliśmy nie jechać prostą drogą, tylko przejechać przez znany nam z przewodników i opowieści - outback.
Musieliśmy nadrobić całkiem sporo drogi, a finalnie zawrócić (droga była tak kręta, że nie zdążylibyśmy dojechać na prom).
Po drodze, jak to na outbacku, widzieliśmy NIC. Ale takie fajniejsze nic - krajobraz wyraźnie zmienił się na mniej roślinny (miejscami nawet półpustynny), a ziemia była czerwona.


Widzieliśmy bardzo niewiele domostw (a w zasadzie farm). Ale jak już ktoś chciał mieszkać na tym odludziu, to zawsze miał fajną skrzynkę na listy w postaci starej beczki:)





W końcu dotarliśmy do Townsville. Tam wsiedliśmy na prom do raju, o którym niewiele jeszcze wiedzieliśmy.

A ten raj to Magnetic Island, czyli najpiękniejsze, najciekawsze i najbardziej zaskakujące miejsce naszej wycieczki, które opiszemy w trzeciej, a za razem ostatniej części relacji z wakacji na wakacjach. Ilość przeżyć lądowych i podwodnych, których doświadczyliśmy w tym bajecznym miejscu wymaga osobnego wpisu. W kolejnej części dowiecie się też, czy dziobaka da się spotkać na żywo oraz jak spędziliśmy ostatnie dni w Sydney z naszymi gośćmi specjalnymi!

Lidka & Wojtek

0 komentarze:

Prześlij komentarz