Wracamy z trzecią, a za razem ostatnią częścią naszych wakacyjnych przygód.
Dzisiaj pokażemy jak wyglądała najlepsza naszym zdaniem część wycieczki do Queensland. W poprzedniej części wsiedliśmy na prom do raju, czyli Magnetic Island.
Tak wygląda nasz raj, oddalony o 8 km od Townsville. Wyspa Magnetyczna. Ciekawa nazwa, prawda? Nas też zastanawiało, jaka jest historia tejże nazwy. Otóż kapitan James Cook (ten, który odkrył Australię i zresztą wszystko dookoła też) pewnego razu, w roku 1770, przepływał swoim statkiem tuż obok nieodkrytej jeszcze wyspy. Tuż przy wyspie, jego kompas zaczął świrować, w związku z czym Cook był pewien, że znajduje się w polu magnetycznym (stąd na szybko stwierdził , że to jest magnetyczna wyspa). I chociaż nigdy więcej nikomu nie udało się potwierdzić tej informacji, wyspa do dziś zawdzięcza swoją nazwę świrującemu kompasowi Cooka. Ot, cała historia.Co wyczytaliśmy w przewodnikach? "Wyspa Magnetic, położona 8 km od brzegu i stanowiąca oficjalne przedmieście Townsville, ma 2500 mieszkańców i jest jedyną wyspą na rafie, zamieszkałą na stałe przez większą liczbę ludzi. Nazwę nadał jej kapitan Cook. Prawie połowę powierzchni wyspy zajmuje park narodowy". W sumie informacji mieliśmy niewiele, ale "wyspa na rafie" zabrzmiało całkiem fajnie. Poza tym, w internecie wyczytaliśmy, że na Magnetycznej Wyspie można spotkać dzikie koale. Wszystko to postanowiliśmy sprawdzić.
Zaraz po przypłynięciu na wyspę i zakwaterowaniu, rozpoczęliśmy poszukiwanie pluszaków. Było już późne popoludnie, ale właściciel domu, który wynajęliśmy powiedział, że koale najbardziej aktywne są właśnie wieczorem.
"No dobra, spoko widoczek, ale ja idę szukać koali"
JEST! NAJPRAWDZIWSZA DZIKA (choć to niezbyt trafne określenie na te słodkie stworzenia) KOALA!
I jeszcze jeden:)
Koali spotkaliśmy kilka, jednak bardzo ciężko było zrobić im zdjęcia z daleka. Ale jeden osobnik o zachodzie słońca zrobił nam prawdziwy pokaz koalowej wieczornej toalety. Obudził się, rozejrzał w prawo, w lewo, podrapał się po głowie. I rozpocząłfestiwal drapanka. Wydrapał się CAŁY. Nie jesteśmy w stanie wytłumaczyć, jakim cuden podczas swoich akrobacji nie spadł z drzewa, bo wyczyniałnaprawdę niezłę wygibasy, żeby wszędzie dosięgnć pazurkami. Na koniec (po 20 min pokazu) zdjadł kilka liści eukaliptusa i... poszedł spać.Oprócz koali, na pierwszej wycieczce spotkaliśmy nietoperze...rozmiaru średniej wielkości lisa...Były ich setki i latały tuż nad naszymi głowami. Bardzo szybko latały, stąd zdjęcie niewyraźne.
Niestety zrobiło się ciemno i musieliśmy wracać do domu...
Ale jeszcze tego samego dnia zasięgnęliśmy u naszego gospodarza informacji na temat tego, co ciekawego możemy zobaczyć na wyspie. W związku z tym postanowiliśmy, że następnego dnia zupełnie rano wyruszamy na snorkling. I tutaj spotkała nas mała niespodzianka!
A w zasadzie całkiem sporo małych włochatych niespoadzianek :)
A niektóre z nich miały kolejne małe włochate niespodzianki w swoich torbach :)
Te małe osobniki to skalne walabie. Można powiedzieć, że walabie to takie kangury, tylko że dużo dużo mniejsze. Ale jak widać, marchewkę lubią tak samo, jak duże kangury, które kiedyś spotkaliśmy w Morisset. No i też są bardzo sprytne.
Jak widać, banany też są dobre :)
"Rodzinny portret"
Pod wodą byliśmy trochę zawiedzeni, ponieważ widoczność nie była zbyt dobra. ale udało nam się zobaczyć płaszczkę.
A także wielkiego małża.
No i obowiązkowe korale!
W pierwszym miejscu ze względu na słabą widoczność nie pozostaliśmy długo. Dołączyła do nas reszta wycieczki i udaliśmy się na plażę.
No i co widzieliśmy pod wodą?
Rekin!!! Co prawda rafowy, ale wciąż nazywa się rekinem!
I już następna grupa szykuje się do wejścia do wody.
Jak widać na załączonym obrazku, mieliśmy całą plażę tylko dla siebie!
Nie tylko Wojtek i Lidka mają podwodne fotki z rafą! Tu Mama Filipek.
W Cairns morze było bardzo wzburzone i ciężko było oglądać podwodny świat, natomiast na Wyspie Magnetycznej morze było bardzo spokojne i wszyscy mogliśmy oddawać się przyjemności snorklowania godzinami. Woda była bardzo ciepła, a morze spokojne,
A tutaj będzie ciekawostka. Wypożyczyliśmy tylko 3 kombinezony, ponieważ nie wiedzieliśmy, czy w wodzie będzie co oglądać, ani jak długo każde z nas będzie w stanie pozostawać w wodzie. Okazało się, że pod wodą jest jeszcze ciekawej niż w Cairns, a żadne wielkie fale nie są w stanie nas wypłoszyć z wody. W związku z tym Wojtek postanowił pójść na żywioł!
Trzeba przyznać, że bogactwo koralowców mocno nas zaskoczyło. Może i na tej rafie nie było tak dużo różnorodnych rybek, jak w Cairns, ale było dużo więcej kolorowych korali. Poza tym w wodzie byliśmy tylko my - żadnych stłoczonych ludzi dookoła, żadnych bojek ograniczających nam miejsce do pływania, żadnych gwizdków wskazujących na to, że wycieczka się kończy i trzeba wyjść z wody. A w dodatku rafa zaczynała się tuż przy plaży. Wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że to raj.
Nadszedł ten moment, że trzeba było wracać do domu. A nie było łatwo. Musieliśmy pokonać rzekę.
Wieczorem byliśmy świadkami bilardowego turnieju Polska - Holandia, rozegranego na ziemi australijskiej.
Koniec końców wygrał nasz Orzeł na emigracji!
Po tym mrożącym krew w żyłach pojedynku nadeszła pora spania. Następnego dnia po południu mieliśmy opuścić wyspę, dlatego postanowiliśmy, że rano jeszcze raz odwiedzimy plażę.
Ale najpierw śniadanko z walabiami :)
Jak widać, takie śniadanko podoba się nie tylko walabiom, chociaż tylko one są karmione :)
Nazajutrz "rzeczka" sie trochę rozlała i dojście do plaży mieliśmy trochę utrudnione.
Ale jak się później okazało, plaża znów była tylko dla nas!
Pierwsza runda snorkliwania należała tradycyjnie do Lidki, Wojtka i Andrzeja. Potem Rodzice Filipki i Dorota. Powoli nadchodził czas, żeby się zbierać, kiedy Lidka i Wojtek zostali zawołani na brzeg przez Mamę Filipek. Okazało się, że widziała ona żółwia! I to nie byle jakiego, bo z relacji wynikało, że jest tak duży, jak średniej wielkości mały słoń. Dlatego szybko włożyliśmy kombinezony, włączyliśmy kamerę i postanowiliśmy poszukać osobnika.
Dosłownie chwilę po tym, jak rozpoczęliśmy poszukiwania, Lidka zauważyla żółwia.
I teraz nastąpi seria zdjęć znaleziska. Nie potrafimy wybrać najlepszych zdjęć, więc pokażemy wszystkie.
I Wojtka też pokażemy!
Jest też Lidka z żółwiem!
Jak widać po zdjęciach, żółw jest całkiem spory. A może to Lidka jest po prostu mała?
Oboje cyknęliśmy sobie zdjęcie z żółwiem i pozwoliliśmy mu odpłynąć. Postanowiliśmy go więcej nie stresować, no bo po co?
Lidka stwierdziła, że to, co jej się najbardziej podobało na całej rafie to właśnie żółw. Bo Lidka jako jedyna nie widziała rekina rafowego...
A kto to taki? Zaraz po żółwiu spotkaliśmy płaszczki :)
Na koniec jeszcze kilka zdjęć z rajskiej wyspy.
Po dwóch bajecznych dniach w najpiękniejszym miejscu na ziemi, nadszedł czas na wyruszenie w dalszą drogę. Wyspa Magnetyczna była dla nas najpiekniejszym i najbogatszym w doznania miejscem, jakie odwiedziliśmy. Trochę czuliśmy się jakbyśmy właśnie wyjeżdżali z wycieczki szkolnej. Żal było odjeżdżać, ale cóż... czekała na nas jeszcze jedna wspaniała przygoda. Nazajutrz mieliśmy samolot z Mackay do Sydney. Co więc robić w ciągu najbliższych 24 godzin? Była to ostatnia doba naszych wakacji, dlatego postanowilismy poszukać jeszcze czegoś ekstra. Padło na dziobaki.
Przed przyjazdem do Australii wydawało nam się, że kangury pasą się na trawnikach w mieście, koale śpią na drzewach tuż obok balkonów, a dziobaki... a dziobaków też wszędzie dookoła jest pełno. No ale wcale tak nie jest. Żeby spotkać dzikiego dziobaka, trzeba mieć naprawdę ogromne szczęście. Albo wiedzieć gdzie szukać. My dowiedzieliśmy się, że te dziwne stworzenia można spotkać w Eungella National Park, a dokładnie o świcie w rzece Brooken. Ruszyliśmy więc kolejne 400 km na południe.
Z samego rana poszliśmy poszukać dziobaków, które miały właśnie mieć śniadanie.
Znaleźliśmy rzekę......miejsce do obserwacji dziobaków...
... szukaliśmy...
...wypatrywaliśmy...
... i znaleźliśmy!Śmieszna sprawa z tymi dziobakami. Kiedy kilkaset lat temu pierwszy europejczycy zobaczyli te dziwne stworzenia, byli bardzo zdziwieni, po co ktoś zszył kaczkę z bobrem. Postanowili więc znaleźć szwy, łączące ze sobą te dwa zwierzęta, ale nic nie znaleźli... Poznali wtedy dziobaka dziwaka ale to był dopiero początek. Później okazało się, że ten stwór jest ssakiem, ale znosi jaja. A jego potomstwo rodzi się z jaja, ale pije mleko matki. I to chyba wystarczyło, żeby stwierdzić, że ta Australia to jakieś dziwne miejsce.
I roślinnośc też dziwna :)
Trafiliśmy też na wicie gniazda :)
I na małego niebieskiego ptaszka.
A tutaj okolice naszej chatki. Roślinność - zachwycająca.
Widzieliśmy tam wiele ciekawych ptaków, ale niesety nie dały się przywołać.
Po śniadaniu, a jeszcze przed wyjazdem, udaliśmy się na krótki spacer.
Trafiliśmy na żółwiki wygrzewające się nad wodą.
Chwila relaksu nad brzegiem rzeki.
I podwodny żółwik :)
I była też całkiem pokaźnych rozmiarów jaszczurka.
Były też liany. Tym razem nie ucierpiał żaden Filipek :)
I nadszedł czas na powrót do rzeczywistości... Na szczęście mogliśmy jeszcze przez chwilę podziwiać naturę.
Wyjechaliśmy z Parku Narodowego Eungella i po niedługim czasie byliśmy już na lotnisku w Mackay.
A rodzice odjechali bez nas...
Tutaj nasza przygoda z wakacjami na wakacjach kończy się. Wsiadamy do samolotu.
Ale to nie koniec niespodzianek. Z Mackay wystartowaliśmy dopiero po 21, zamiast 17. W związku z tym spóźniliśmy się na ostatni samolot do Sydney i noc spędziliśmy w Brisbane na koszt linii lotniczych.
Następnego dnia rano w końcu dotarliśmy do Sydney. Nasze wakacje już naprawdę się skończyły i trzeba było wracać do normalności. Podczas jednego tygodnia zobaczyliśmy jak piękna i różnorodna jest fauna i flora australijska. W dodatku mogliśmy spędzić czas z rodzicami Wojtka. To były bardzo udane wakacje! Już teraz planujemy kolejną wizytę na Wyspie Magnetycznej!
Była to już ostatnia część naszych wakacji na wakacjach. Mamy nadzieję, że spodoba tak samo, jak części poprzednie.
Pozdrawiamy
Lidka & Wojtek












Super relacja! W lipcu/sierpniu przylatuje do mnie rodzina i jeśli dopisze pogoda to popłyniemy w Wasze ślady! :)
OdpowiedzUsuń/Krystian
Dzięki Lidka za wspaniałą relację. Andrzej & Dorota.
OdpowiedzUsuń