W poprzednim odcinku wróciliśmy z Nowej Zelandii. Tym razem czas na Tasmanię!
O tym, że wyjeżdżamy na Tasmanię wiedzieliśmy już od grudnia, bo wtedy to właśnie kupiliśmy tanie bilety lotnicze. A o samej Tasmanii wiedzieliśmy tyle, że jest wyspą należącą do Australii, nie jest duża, a gdzieś tam po lasach biegają szalone diabły tasmańskie. Wylecieliśmy więc z Sydney...
... i po niespełna dwóch godzinach wylądowaliśmy w Hobart.
Tradycyjnie, od razu po wylądowaniu poszliśmy odebrać samochód, a potem... prosto na zakupy! Musieliśmy zakupić prowiant na 6 dni, ale również musieliśmy nieco ulepszyć naszą przenośną sypialnię. Otóż kiedy kupowaliśmy namiot na wyjazd do Nowej Zelandii, zależało nam przede wszystkim na gabarytach, żeby nie zajmował zbyt dużo miejsca w bagażu. W Nowej Zelandii sprawdził się całkiem dobrze, a tam też kupiliśmy karimaty. Tym razem poszliśmy na całość i nie wykupiliśmy bagażu. To oznacza, że każde z nas miało do swojej dyspozycji 7 kilogramów... Dlatego właśnie karimaty zostały w Sydney, a my musieliśmy zorganizować sobie coś do spania. Padło na dmuchany materac... taki najtańszy, żeby później nie było tak szkoda go wyrzucić przed powrotem do Sydney. Swoją drogą... będąc w Nowej Zelandii doszliśmy do wniosku, że spanie w namiocie na Tasmanii, w maju... to nie jest najlepszy pomysł. Jednak na dzień przed wyjazdem postanowiliśmy postawić na przygodę i zabrać trochę więcej ciepłych ubrań! Zaczynamy przygodę!
Na początek wyszukaliśmy sobię mapę darmowych/bardzo tanich campingów i wyruszyliśmy do Lime Bay. Do przebycia mieliśmy około 100 kilometrów.
Tutaj musimy przyznać, że pogoda nieszczególnie nam dopisywała, a widoki... no ładne, ale do Nowej Zelandii się nie umywają. Ale dlatego właśnie dobrze, że nie jesteśmy turystami nastawionymi na plażowanie i nicnierobienie, bo niezbyt ładna pogoda nie jest nam straszna.
Dotarliśmy więc na Lime Bay i...
... już po dwóch minutach nasze miejsce do spania. było gotowe. Na camping dotarliśmy przed zmrokiem, więc mogliśmy zasiąść do kolacji jeszcze przy świetle dziennym. Rozłożyliśmy się więc na głazach i zauważyliśmy coś dziwnego... Robiło się już szaro, słońce zaszło, a dookoła... wszystko się ruszało! Na naszym campingu nie byliśmy sami. Towarzyszyły nam zwierzaki! Były wallabi (inaczej: łapserdaki) i possumy... A czym są possumy?
Possumy to takie australijskie szczury... tylko, że urocze i kochane. Jak tylko wyczują jedzenie, od razu przychodzą i patrzą tymi swoimi biednymi skrzywdzonymi oczkami. Są zwierzętami nocnymi, co jest bardzo mądre z ich strony, bo właśnie pod osłoną nocy wychodzą na żer. Żywią się głównie odpadkami, ale czasem potrafią też się włamać do spiżarni (bardzo często zdarza się to w naszym ZOO). Wiedzieliśmy więc, że nie jesteśmy sami. Po kolacji postanowiliśmy trochę pooglądać niebo, ponieważ chwilowo było czyste i mogliśmy widzieć miliony gwiazd. Wzięliśmy więc wino, chrupki i usiedliśmy na kamieniach. I wtedy pojawił się on - possum ninja. Pomimo, że mieliśmy latarki, postawione na ziemi, ten mały łasuch zupełnie bezszelestnie zakradł się do nas, przeszedł niezauważony slalomem między Wojtka nogami(!!!) i równie bezszelestnie porwał chrupka, który chwilę wcześniej spadł nam na ziemię. Trzeba jednak wspomnieć, że possumy są dużo większe niż szczury, w zasadzie są rozmiarów średnio-spasionego kota... I gdyby nie to, że cwaniak poruszył naszą latarką, w ogóle byśmy go nie zauważyli! Później jeszcze zagraliśmy partyjkę Munchkina (nasza ulubiona gra karciana) i poszliśmy spać. I wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Usłyszeliśmy niezidentyfikowany dźwięk, trochę jak pisk, trochę jak krzyk, trochę jak śmiech... I uświadomiliśmy sobie, że właśnie słyszeliśmy diabła tasmańskiego! Potem drugi i tak pół nocy, dodatkowo dookoła namiotu cały czas coś chodziło (prawdopodobnie possumy), więc pierwsza noc dość ekscytująca :) No i można więc powiedzieć, że diabeł powiedział nam "dobranoc".
Następnego dnia wstaliśmy wcześnie rano, do czego przyczynił się deszcz i budzące się ptaki. Nasz namiot był nieco przemoknięty, więc nie było powodu, dla którego mieliśmy dłużej w nim zostawać. Po wyjściu z namiotu postanowiliśmy pójść na krótki spacer.
Lidka wyruszyła w poszukiwanie zwierzaków, które towarzyszyły nam w nocy... ale widocznie wszystkie poszły już spać. Spacer i tak był piękny :) Widzieliśmy dziesiątki otworów w ziemi, co zasugerowało nam, że na tym terenie mogą być kopacze... a ściślej mówiąc wombaty! Jednak nasze podejrzenia nie zostały potwierdzone, gdyż żadnego nie widzieliśmy... póki co! ;)
A teraz będzie trochę o campingowaniu na Tasmanii. Pamiętacie pewnie, jak zawiodła nas Nowa Zelandia. Campingi płatne, często drogie i w dodatku z dala od dziczy. A Tasmania?
Przyjeżdżając na camping wiedzieliśmy, że jest płatny. Ale zaskoczył nas sposób, w jaki rozwiązano problem ściągania płatności za camping w środku lasu. Z małej skrzyneczki należy wyjąć kopertę, wypełnić po obu stronach, wsadzić pieniądze, zakleić, oderwać tył, kopertę wrzucić do skrzynki, a oderwaną część za szybę samochodu. Tutaj należy wspomnieć, że ten camping kosztował nas zaledwie 13$ (za dwie osoby), co w porównaniu z Nową Zelandią było baaaaaardzo tanio! A poza tym na campingu znajdowała się bardzo ładna i czysta toaleta, co dodatkowo nas zaskoczyło.
Camping na Lime Bay polecamy!
Następnie udaliśmy się w drogę, aby dojechać jak najbliżej Cradle Mountain. Po drodze mieliśmy znaleźć równie miły jak poprzednio camping i rano wyruszyć w górską trasę.
A po drodze jechaliśmy bardzo krętą drogą i mieliśmy ograniczenie 25km/h. I akurat wtedy, kiedy Wojtek mocno zwolnił, na drogę wtargnął on - majestatyczny, powolny, puszysty DZIKI WOMBAT!!! Wybaczcie jakość i czas trwania filmu... Po prostu kiedy Wojtek się zatrzymał, Lidka usiłowała w panice otworzyć drzwi i wysiąść, żeby przyjrzeć się futrzakowi i w efekcie to tyle, co udało nam się nagrać... Ale wspomnienia zostają :) Co zostało zobaczone, już się nie odzobaczy! Wtedy już wiedzieliśmy, że norki, które znaleźliśmy przy campingu to było wejścia do wombacich tuneli :)
Dalej zahaczyliśmy o jeszcze kilka punktów widokowych. Trzeba przyznać, że nadmorskie punkty widokowe nigdy nie rozczarowują :)
Po widoczkach zapakowaliśmy się do samochodu i zaczęło dosyć mocno padać, dlatego padła decyzja, że deszczowy czas wykorzystujemy na przebycie jak najdłuższej trasy.
Teraz dorzucimy kilka informacji praktycznych, dotyczących campingów. W pobliżu Great Lake znaleźliśmy 3 potencjalne campingi. I teraz po kolei:
- Lagoon of Islands już nie istnieje
- Flinstone to jakaś opuszczona wioseczka, w której nie ma nic
- Penstock Lagoon dzieli się na dwa campingi, oba równie beznadziejne: masa kamieni i bardzo nierówny teren tak że nawet na nasz mały namiot trudno było znaleźć miejsce.
Postanowiliśmy jechać dalej i znaleźć camping w pobliżu Great Lake.
Dojechaliśmy do Great Lake Hotel i dziękowaliśmy Bogu, że nie zostaliśmy na Penstock Lagoon, które było podmokłe, a dojazd prowadził długą szutrową drogą. Nagle Tasmania zmieniła się w Alaskę!
No ale co to taki śnieżek dla nas - zaraz pewnie się roztopi. Ale temperatura spadła poniżej zera stopni, co przekreśliło nasze szanse na spanie w namiocie i postanowiliśmy jakoś przeżyć tę noc w hotelu.
Weszliśmy do hotelowego baru. Tu należy wspomnieć, ze wszystkie hotele Australii wyglądają tak samo - bar i gdzieś na drugim planie pokoje hotelowe. W miejscu, w którym się znaleźliśmy... poczuliśmy się dziwnie. Weszliśmy do środka, aby zapytać o pokój i wraz z naszym wejściem powitały nas zaciekawione spojrzenia lokalsów... W barze akurat znajdowało się kilka osób, w tym właścicielka - siedząca przy barze kobieta w średnim wieku, odziana w puchową kurtę, dziergająca coś na drutach. Ich wzrok mówił: "turyści". No ale nic, pokój dostaliśmy, zresztą wszyscy okazali się bardzo mili.
Niestety w pokoju hotelowym ciepło nie było. Nasza farelka z termometrem wskazywała 10 stopni Celsjusza. Szybko włączyliśmy obie grzałki i poszliśmy pod ciepły prysznic, a zaraz potem zaczęliśmy pić ciepłą herbatę. W międzyczasie wciąż tkwiąc w nadziei, że śnieg zaraz o świcie stopnieje, poszliśmy do baru, zasięgnąć darmowego wifi. Tam przygotowaliśmy sobie kilka opcji na dzień następny. Po powrocie z baru ubraliśmy się WE WSZYSTKO co mieliśmy ze sobą. To znaczy, Lidka spała w dwóch parach legginsów i spodniach dresowych i jakichś sześciu warstwach chroniących ją od pasa w górę. Farelki pracowały całą noc, a my okryci pierzynami poszliśmy spać.
A ranek przywitał nas takim widokiem:
Było naprawdę czadowo, ale nieśmiesznie! Nasze autko słabej mocy, w dodatku na letnich oponach, a na ziemi ponad 15 centymetrów śniegu...
No nic, Wojtek zajął się odśnieżaniem auta, znalezioną w pokoju zmiotką i szufelką. Plan zakładał odśnieżenie strony kierowcy, odpalenie silnika i ogrzanie nieco naszego auta.
Wszystko pięknie, tylko Wojtek trochę po niewczasie zorientował się, że przecież to nie jest europejski samochód i bez sensu odśnieżył stronę Lidki...
Sama Lidka zaś postanowiła zrobić kilka zdjęć widoczków.Trzeba przyznać, że Tasmania naprawdę nas zaskoczyła!
Do tego stopnia, że zamiast rękawiczek musieliśmy użyć wełnianych skarpet...
Na śniadanie coś na ciepło i vegemite, czyli opisywana już przez nas kiedyś pasta z wydzieliny z drożdży, którą zajadają się australijskie dzieci. Wojtek twierdzi, że jest nie najgorsza, a Lidka uważa, że zjedzenie kanapki z tym specyfikiem powinno skutkować natychmiastowym otrzymaniem obywatelstwa australijskiego. A w zasadzie Lidka uważała tak do momentu, kiedy za namową Wojtka postanowiła zjeść tosta z vegemite, które jest baaardzo zdrowe i bogate w witaminy. Przecież było zimno, a my potrzebowaliśmy witaminek. I Lidka doszła do wniosku, że vegemite nie jest takie złe... To co z tym obywatelstwem??
Mamy nadzieję, że skutecznie zdementowaliśmy pogłoski, jakoby w Australii cały rok było gorąco... Dalej trzeba było podjąć decyzję, czy jechać w góry, czy odpuścić i wybrać coś innego. Od znajomych dowiedzieliśmy się, że w Cradle Mountain można zobaczyć dzikie wombaty... Pomimo ciężkich warunków atmosferycznych, postanowiliśmy nie zawracać :)
A trasa była przepiękna.
Niestety po jakimś czasie musieliśmy zacząć wspinać się krętymi ścieżkami. W śniegu. Było ślisko, wąsko, a w dodatku po drodze mijała nas rozpędzona ciężarówka (to jakaś klątwa ciężarówek na trudnych drogach). Ale wspięliśmy się na szczyt i śniegu było już coraz mniej.
A po drugiej stronie szczytu... sucho, zielono, zero śniegu, czarny asfalt. I nareszcie droga szła szybciej, a my mogliśmy zacząć zdejmować z siebie kolejne warstwy ubrań...
Dojechaliśmy do Cradle Mountain Visitor Centre i doszliśmy do wniosku, że nic ciekawego tam nie ma, dlatego pojechaliśmy dalej, w stronę jeziora Dove. Ale po drodze natrafiliśmy na szlaban i informację, że jeżeli się on nie otwiera, to droga jest zbyt oblegana i musimy wrócić do centrum informacyjnego i stamtąd złapać busika w dół.
W centrum dowiedzieliśmy się, że busik jest bezpłatny, o ile mamy wykupiony wstęp do Parków Narodowych Tasmanii. I nie był to dla nas problem, bo po przyjeździe na Tasmanię od razu wykupiliśmy wejściówkę, pozwalającą nam na wchodzenie/wjeżdżanie/przebywanie na terenie wszystkich Parków Narodowych Tasmanii i to za jedyne 60$. Nasz busik miał dojechać do jeziora, z kilkoma przystankami po drodze. W centrum zapytaliśmy pewną miłą panią, gdzie mamy największe szanse na spotkanie dzikich wombatów, na co ona energicznie rzuciła palec na mapę w miejsce opisane jako Ronny Creek (prawy dolny róg). Postanowiliśmy więc wysiąść z busa na końcu trasy, czyli przy samym jeziorze, a potem przejść przez Lake Lilla, Wombat Pool (zgadnijcie kto wybierał trasę:), Crater Lake aż do Ronny Creek. Mogliśmy sobie pozwolić na dłuższy spacer, bo była godzina 12, a wombaty wychodzą z nor późnym popołudniem, stąd zamierzaliśmy spróbować znaleźć je na końcu trasy.
Ciekawostka jest taka, że kiedy jechaliśmy busem, w okolicach miejsca ze szlabanem zobaczyliśmy małą włochatą kulkę w rowie przy drodze... To oznaczało, że wombaty są. Tylko ile? Gdzie? Czy będą miały ochotę nam się pokazać?
Pogoda nie dopisywała nam zbytnio, bo padał lekki deszczyk. Ale my nie przyjechaliśmy na Tasmanię po pogodę i lekka mżawka nie była nam straszna :)
I tak podziwialiśmy sobie piękne widoczki po drodze, a czas mijał.
A to jezioro wygląda prawie jak Morskie Oko :)
W końcu zaczęliśmy schodzić ku polanie, na której miały być zwierzaki. Lidka znalazła coś, co mogło być uznane za wombacią norkę.
I kiedy nic wokoło nie wskazywało na obecność wombatów i Lidka już traciła nadzieję... znaleźliśmy niepodważalne dowody na obecność wombatów. Bobki. Ale nie takie zwykłe bobki, a bobki w kształcie prostopadłościanu. A Lidka jako prawdziwy fan wombatów już dawno wiedziała, jak wyglądają ich bobki :)
Więc gdzieś tam są. Ale gdzie ich szukać? Powoli zbliżaliśmy się do parkingu, z którego miał nas odebrać bus, a wombatów ani widu ani słychu. Zgodnie z tradycją postanowiliśmy więc przysiąść i zjeść banany. Wiecie, kangury uwielbiają banany i zawsze pojawiają się, kiedy je wyczują. Czy zadziała na wombaty? Wombaty raczej bananów nie jedzą, ale chwila chwila... "Lidka! Dawaj plecak! Oddawaj banana! Biegnij!" Okrzyki Wojtka zwiastowały spełnienie marzeń, więc Lidka popędziła do przodu!
I znalazła! Małego, uroczego , choć trochę leciwego wombata! Prawdziwego, dzikiego zwierzaka.Który dosyć szybko oddalił się w bliżej nieokreślonym kierunku...
Ale co z tego? Nie ma nic fajniejszego, niż obserwowanie dzikiej natury. Dalej już było tylko lepiej. Zaraz obok kładki zobaczyliśmy coś, co utwierdziło nas w przekonaniu, że ten jeden wombat nie był przypadkowy.
Chcieliśmy więc więcej, dlatego po prostu staliśmy na kładce i wypatrywaliśmy futrzaków. A nie było to łatwe, ponieważ z daleka wyglądają one jak przemieszczające się kępki trawy. Ale za to udało nam się zaobserwować matkę z małym wombaciątkiem. Co prawda byli bardzo daleko, ale fajnie było oglądać, jak młode biega za mamą:)
Wojtek trochę pozazdrościł Lidce tego wombata z bliska. Ale i do niego szczęście się uśmiechnęło. Otóż wombat przeszedł nam drogę.
Ale najpierw cały się wydrapał :) I tutaj podobnie jak u kangurów, łapki okazały się zbyt krótkie, żeby móc podrapać się po zadku...
Opłacało się spędzić około półtorej godziny na polanie. Lidka była przeszczęśliwa, bo tak jak Wojtkowi marzyło się oglądanie dzikich fok (które to marzenie spełniliśmy w Nowej Zelandii), tak Lidce marzyły się wombaty (a nawet bardziej).
Troszkę zmarzliśmy, marzenia zostały spełnione, więc postanowiliśmy, że wracamy. Wsiedliśmy w busa i po drodze do naszego parkingu widzieliśmy kilka wombatów tuż przy drodze. Długo się nie zastanawialiśmy, postanowiliśmy, że szybko kupujemy gorącą kawę, bierzemy samochód i... ale ale! Przy parkingu kolejny!
No ale jedziemy w dół w stronę szlabanu. I nie zawiedliśmy się!!
Spotkaliśmy wombata, wesoło chrupiącego kępkę soczystej trawy. Pooglądaliśmy sobie go z bliska.No ale jedziemy w dół w stronę szlabanu. I nie zawiedliśmy się!!
Kawałek dalej był kolejny...
I kiedy już odjeżdżaliśmy, Lidka "zrobiła papa" wombatom i mieliśmy ruszyć w dalszą drogę. Ale spotkaliśmy jego - wombata Romana :)
Wombat Roman wcinał sobie trawę, tuż obok drogi. I nie zwrócił na nas najmniejszej uwagi. Ani trochę nie poruszyła go nasza obecność tak bardzo zajęty był jedzeniem jagód (krzaków, nie owoców :) )...
I wtedy Lidka postanowiła wykorzystać szansę, którą dostała od życia i... sprawdzić, czy wombaty rzeczywiście mają takie twarde zadki. Gdzieś przeczytaliśmy, że wombaty mają absolutnie twarde pupy, aby zasłaniać nimi wejście do norki, na wypadek ataku drapieżnika. Jednak należało tę tezę poprzeć badaniem naukowym...
A badanie naukowe wykazało, że pupka wombata rzeczywiście jest twarda, a sam wombat nie reaguje na dotyk ludzkiej ręki.
Po przeprowadzonych badaniach musieliśmy ruszyć w dalszą drogę. A do pokonania mieliśmy 340 kilometrów, bo jechaliśmy do Bay of Fires, czyli zatoki słynącej z pomarańczowych skał, które wydają się płonąć, jeśli patrzy się na nie o wschodzie słońca (przynajmniej tak przeczytaliśmy hehe). Póki co oglądanie wschodów słońca szło nam całkiem nieźle, więc dlaczego nie zobaczyć jeszcze jednego?
Gdzie spaliśmy? Wybraliśmy Cosy corner, czyli przytulny kącik. Żeby się tam dostać, należy w St Helens skręcić w The Gardens Road. Jadąc tą drogą mija się kilka znaków informujących o polach namiotowych. Nasz, czyli Cosy corner dzieli się na dwa - północny i południowy, przy czym my wybraliśmy południowy. I znów miejsce godne polecenia - darmowy, dużo miejsca, jest toaleta, a poza tym jego usytuowanie pozwalało nam zasypiać w akompaniamencie szumu oceanu. Do tego pierwszy raz doświadczyliśmy niebezpieczeństwa jazdy w nocy - jeden zdesperowany kangur wskoczył nam prosto pod koła, ale na szczęście Wojtek w porę wyhamował. Dlatego właśnie na Tasmanii obowiązują dwa ograniczenia prędkości -standardowe dzienne i nocne - zwykle do 45 lub 65 km/h. Jednak nie wszyscy kierowcy mają taki refleks jak Wojtek, dlatego na poboczach leży mnóstwo potrąconych zwierząt.
Rano wyruszyliśmy w stronę Bay of Fire, aby z punktu obserwacyjnego popatrzeć na wschód słońca.Niestety pogoda nam nie dopisała, było zbyt pochmurno, aby zobaczyć palące się skały.
A w dodatku dowiedzieliśmy się, że nazwa zatoki nie nazywa się tak z powodu pomarańczowych skał... Tak naprawdę chodziło o to, że gdy pewien europejski odkrywca po raz pierwszy przepływał przy tej zatoce, w oddali ujrzał dziesiątki miejsc, z których unosił się dym aborygeńskich ognisk. Ot, cała historia. A pomarańczowy kolor skały zawdzięczają specyficznym porostom, które jak się potem okazało porastają nie tylko Bay of Fires, ale również praktycznie wszystkie skały wzdłuż północno-wschodniego wybrzeża.
Pojechaliśmy więc z powrotem na nasz camping, żeby w świetle dziennym ocenić jego jakość. Nie spodziewaliśmy się, że nocowaliśmy aż tak blisko plaży. Poprzedniego wieczora popijaliśmy wino dokładnie w miejscu, z którego zrobione zostało poniższe zdjęcie i zrezygnowaliśmy ze spaceru na plażę, bo byliśmy pewni, że jest ona stosunkowo daleko... Rano okazało się w jak wielkim błędzie byliśmy.
Słońce już dawno wzeszło i trzeba było jechać dalej. Kolejny punkt do zwiedzenia - Półwysep Freycinet.
Poczucie humoru mieszkańców Tasmanii nas zaskoczyło. W świetle dziennym ta skrzynka na listy wygląda śmiesznie. Ale spróbujcie sobie wyobrazić, jakiego szoku doznaliśmy poprzedniego wieczora, kiedy jechaliśmy na camping - krowa przy ulicy...
Wdrapaliśmy się na Wineglass Bay Lookout.
A potem zeszliśmy na plażę. Zejście było bardzo strome, ale opłacało się.
Chwilę podziwialiśmy to miejsce, a trzeba przyznać, że robi wrażenie! Plaża jest idealnym piaszczystym półokręgiem a po bokach zaczyna się skalista część zatoki, porośnięta pomarańczowymi i różowymi porostami, jest super! No ale ile można siedzieć na plaży bez strojów kąpielowych, więc poszliśmy z powrotem na parking.
Po 7 kilometrach spaceru (z czego 5 po "schodach") postanowiliśmy, że w ramach odpoczynku udamy się od razu na camping. Była godzina 14, więc znaleźliśmy informacje, gdzie znajdują się campingi i wyruszyliśmy w trasę.
Wybraliśmy Friendly Beaches. Ten camping znajduje się na terenie Parku Narodowego Freycinet. Dojechaliśmy do niego szutrową drogą i nie bardzo wiedzieliśmy, co jest grane.
Przez camping wiodła jedna prosta droga, a po bokach były wytyczone "zagrody". Osobne, odseparowane przestrzenie campingowe. Przy jednej nawet spotkaliśmy osobnika: "Panie kierowniku, miejsce tu dla pana trzymam, może jakaś drobna marcheweczka się znajdzie?".
Wybraliśmy miejsce na rozbicie namiotu i póki jasno, poszliśmy na plażę.I była to jedna z najpiękniejszych plaży, jakie widzieliśmy w Australii (według nas, w googlu nic o niej nie ma)
Postanowiliśmy skorzystać ze światła dziennego i pograć w naszą karciankę, zanim się ściemni.
Wieczorem schowaliśmy się do naszej zagrody, umocowaliśmy latarki na drzewie i mogliśmy grać dalej. A rano... dodaliśmy kolejny przepiękny wschód słońca do naszej kolekcji :)
Rano zrobiliśmy kilka zdjęć, żeby pokazać, jak fajnie pomyślane jest to pole namiotowe.
My nie potrzebowaliśmy zbyt wiele miejsca, więc rozłożyliśmy się w małej wnęce, która osłaniała nasz namiot z każdej strony. To była jedna z cieplejszych nocy, więc nawet się wyspaliśmy. W nocy udało nam się zobaczyć kolejne dzikie zwierzę - małą nocną myszkę ze śmiesznymi wielgachnymi uszami, typową dla Australii.
Przyszedł czas na złożenie naszego apartamentu i wyruszenie w dalszą drogę. To był najlepszy camping, jaki do tej pory znaleźliśmy - znów szum fal kołysał nas do snu, a wszystko to za darmo :)
I tutaj Lidka się przełamała i zgodziła się poprowadzić samochód. Pierwszy raz po złej stronie... Nie było to śmieszne. Wycieraczki i kierunkowskazy to chyba standardowa pomyłka...
A dokąd tak w ogóle jedziemy? Ano jedziemy na wyspę Bruny, ponieważ szukamy pingwinów. A według informacji, jakie otrzymaliśmy, jest szansa, że właśnie tam są pingwiny małe.
Żeby dostać się na wyspę, należy skorzystać z promu. Rejs trwa około 20 minut.
I teraz najciekawsze - znaki drogowe na wyspie zwiastują, że ostatni dzień na Tasmanii nie będzie nudny!
Najpierw dojechaliśmy na camping - The Neck Camping Area.
I znów szum oceanu ulula nas do snu. Najpierw jednak trzeba było się wykąpać.
Decyzja nie była łatwa, ale udało się :)
Lidce udało się nawet przemycić kilka muszelek do Sydney :)
Po kąpieli i obiedzie wybraliśmy się w stronę The Neck Lookout, ponieważ według wszystkich znaków na niebie i ziemi miały znajdować się tam pingwiny. Przeszliśmy więc plażą niecałe 4 kilometry, rozkoszując się widokami.
I dotarliśmy do platformy, z której można obserwować pingwiny. Według naszych informacji miały one po zachodzie słońca wyjść z oceanu i podreptać do norek na wzgórzu.
Powoli zaczynało się ściemniać, nadchodził zachód a my dzielnie czekaliśmy na naszych agentów.
I kiedy po zachodzie słońca zrobiło się zimno, zaczął padać deszcz, a pingwinów nie było widać... Wojtek w trosce o zdrowie Lidki namawiał ją na powrót. Ale Lidka stwierdziła, że nie po to przeszła taki kawał plaży, żeby wracać bez niczego. Kiedy było już bardzo ciemno, usłyszeliśmy jazgot. I po chwili zobaczyliśmy małe śmieszne istotki maszerujące dosłownie pod naszymi nogami.
Pingwinków były dziesiątki. Dziesiątki małych ptaszorów maszerujących dzielnie do norek. Mogliśmy też obserwować walkę dwóch z nich, które dosłownie prały się po dziobach, serio! Plaskacze skrzydłami leciały jeden za drugim i dopiero pod koniec dzioby weszły w ruch...
Niektóre z nich po ciemku wpadały nie do tej norki co trzeba, a potem próbowały się wykaraskać z niej, co wzbudzało u nas litość... Ale natura nie zna litości, więc nie mogliśmy im pomóc, a poza tym pomocy nie potrzebują. Po kilku nieudanych próbach wyczołgania się z nory po prostu z niej wyskakują!
Całe przedstawienie trwało dokładnie 40 minut i naprawdę było warte czekania. Obserwowanie dzikich zwierząt to to, co lubimy najbardziej! Po pingwinim show musieliśmy wrócić plażą do naszego campingu. I wiecie co? Po drodze znaleźliśmy jakiegoś małego, zagubionego pingwinka, który ewidentnie zboczył z kursu i wypłynął o kilometr dalej niż reszta. Bardzo nam się zrobiło go szkoda, bo jeszcze miał kawał drogi do nory. W drodze powrotnej postanowiliśmy, że spróbujemy "złapać" pingwiny też o świcie, bo miały one wychodzić do oceanu wraz z pierwszymi promieniami słońca. Dla pewności na miejscu byliśmy już na godzinę przed pierwszymi promieniami. Nawet usłyszeliśmy jednego pingwinka. Siedzieliśmy na platformie i... nic. W końcu zrobiło się jasno i Lidka zeszła na plażę i okazało się, że pingwinki już dawno sobie poszły...
Zostawiły nam tylko ślady stópek na piasku.
Ale nie mamy o to pretensji - zobaczyć takie ślady pingwinich stóp to też jest coś :) A poza tym mogliśmy obserwować najpiękniejszy wschód słońca na tym wyjeździe...
Tutaj jakiś maluch wspinał się na wydmę.
A tutaj natrafiliśmy na główny szlak, wiodący do norek.
Pozostawiliśmy więc naszych krzyczących kolegów i pojechaliśmy szukać miejsca na śniadanie.
Padło na latarnię, znajdującą się w południowej części wyspy.
Ale było tam zbyt zimno i wietrznie, więc tylko zwiedziliśmy naprędce mini-muzeum latarni :)
I trafiliśmy na kolejny camping, gdzie postanowiliśmy się na chwilę zatrzymać.
Śniadanie z Filipkami - niezastąpiona fasola!
Po posileniu się nadszedł czas na powrót do Hobart i samolot do Sydney. W drodze powrotnej nie podobała nam się tylko jedna rzecz. Trafiliśmy do punktu, w którym można oddać śmieci, których trochę ze sobą mieliśmy. Jeden worek kosztował 8$... Trzeba przyznać, że cenią sobie nasze śmieci, ale mimo wszystko wszędzie dookoła jest czysto. Więc koniec końców to na plus. Dalej pojechaliśmy do Hobart, zjedliśmy pizzę, wyczyściliśmy samochód i oddaliśmy go na lotnisku. A potem... mieliśmy kilka godzin na lotnisku, czyli w sam raz na zorganizowanie mistrzostw Tasmanii w Munchkina.
Koniec końców zrobiliśmy około 1,5 tys. km w ciągu 5 dni. Przeżyliśmy atak zimy, spełniliśmy marzenie Lidki oraz nareszcie zobaczyliśmy pingwiny. Przede wszystkim Tasmania jest niesamowicie dzika. I nie chodzi nawet o to, że pół wyspy to park narodowy, a druga połówka nie cechuje się zbyt wysokim poziomem zurbanizowania, ale o ogromną ilość zwierzyny. Wszędzie coś chodzi, wszystkie krzaki się ruszają, a ptactwo nie daje spać po wschodzie słońca. Jesteśmy również zachwyceni możliwościami biwakowania na Tasmanii. Darmowe miejsca campingowe wiele ułatwiają i naszym zdaniem są najlepszy sposobem spania na tej wyspie. Można spędzić noc w totalnej dziczy, z dala od jakiejkolwiek cywilizacji - o ile nie boicie się nieustających odgłosów zwierzyny, wcale nie tak daleko od namiotu :) Tutaj przyznajemy, że prowadząc biwakowy tryb życia nieźle można się wyspać. Podczas naszej wycieczki słońce wschodziło około 7 a zachodziło o 17, w związku z czym noce były długie i niekiedy nawet nie takie zimne. Spanie w środku dziczy, w tym świeżym powietrzu bardzo nam sprzyjało, bo pomimo bardzo wczesnych pobudek, czuliśmy się wyspani. Dzikie zwierzęta i obcowanie z naturą to właśnie to, czego chcieliśmy doświadczyć na Tasmanii!
I jeszcze jedno - koniec końców nie zostawiliśmy tam naszego materaca. Lidka postanowiła ubrać się do samolotu nieco cieplej(...) i materac z pompką upchnąć w plecaku. I... opłacało się, bo właśnie wróciliśmy z kolejnego biwaku w okolicach Sydney, ale o tym już w następnym odcinku!
Lidka & Wojtek









































































































































0 komentarze:
Prześlij komentarz