niedziela, listopada 15, 2015

# THE ROYAL COASTAL WALK

Po pół roku wróciliśmy do Królewskiego Parku Narodowego dokończyć spacer po klifach :)


Królewski Park Narodowy odwiedzaliśmy dwukrotnie - pierwszy raz w marcu, niedługo po przyjeździe do Australii, kiedy to dołączyli do nas Sandra i Michał. Drugi raz był to maj i spacer po klifach.


Wtedy przeszliśmy z punktu 3 do punktu 1 i z powrotem, czyli Bundeena - Wattamolla - Bundeena. Zachwyceni tym spacerem postanowiliśmy, że któregoś dnia przejdziemy cały coastal walk, czyli około 30 km. We wszystkich przewodnikach wycieczka ta jest rozpisana na 2 dni, z noclegiem w parku. No ale my nie damy rady zrobić tego w jeden dzień? Mieliśmy dokładnie 12 godziń od startu w Otford do zachodu słońca.

Żeby na spokojnie zdążyć przejść zaplanowany 30-kilometrowy spacer, na wycieczkę wybraliśmy się z samego rana, dosłownie. Lidka nie mogła sobie odmówić zrobienia zdjęcia widoku z balkonu...
...i co prawda trochę marudziła, że się nie wyspała, ale za to Wojtek się w końcu wyspał (do pracy w zoo wstaje na długo przed wschodem słońca :)

Do przejechania mieliśmy ładny kawałek, z północnej części Sydnejowa na sam południowy kraniec. Koniec końców o 7:30 ruszaliśmy z Otford. Gościem specjalnym dzisiejszego wpisu jest Mikołaj, który podjął wyzwanie 30 km :) W oczekiwaniu na pociąg podziwialiśmy aborygeńskie nazwy miejscowości, przez które pojedzie nasz pociąg. Ćwiczenie ich wymowy o 6 rano to było prawdziwe wyzwanie.
Po wyjściu z pociągu mogliśmy rozporostować nasze kości i zacząć wyprawę.
Rzut okiem na to, co nas czeka...
... i na mapę naszej trasy. Idziemy z prawej strony do lewej. W planie wycieczki znalazł się czas na snorkeling i grilla na plaży Wattamolla, czyli chyba najpiękniejszej plaży, jaką do tej pory widzieliśmy. Ale do Wattamolli trzeba było najpierw jakoś się dostać. 
No i zaczynamy! Jeszcze weseli, uśmiechnięci i pełni energii!
Pierwszy odcinek pod górę...
i obowiązkowe selfie na początku trasy :)
Zaraz na początku trasy znajduje się punkt widokowy Otford.

Na punkcie widokowym nie byliśmy sami. Oprócz nas widoczki podziwiała mrówka wielkości kciuka...
Następnie trasa prowadzi przez Palm Jungle.
Standardowe przeszkody na szlaku.

i pajęczy domek.


W trakcie spaceru znalazł się czas na zabawy. Lidka wspinała się po lianach...
...a Wojtek po drzewach.
W międzyczasie mogliśmy bawić się w Herkulesa. Pamiętacie tę grę, w której między innymi skakało się po skałkach? Otóż znaleźliśmy to miejsce!
Po wyjściu z palmowej dżungli znaleźliśmy się na polanie, z której roztaczał się niesamowity widok na to, co za nami...

...i przed nami.

Po wyjściu na otwartą przestrzeń słońce paliło niemiłosiernie. Na szczęście od czasu do czasu można było znaleźć ukojenie w cieniu roślinności.
Jednak na brak słońca nie mogliśmy narzekać.

No i doszliśmy do pierwszej plaży. Widoczki piękne, ale spacerowanie po piasku trochę obniżyła naszą wydajność.
 Dalsza trasa wyglądała już dosyć monotonnie - najpierw mordercze podejścia (największe przewyższenie ok 400 metrów), na górze nieopisana radość, zejście na plażę, męczący marsz po piasku, a następnie kolejne mordercze podejście, nieopisana radość itd.





 Tak, Wojtek przez jakieś 10 km bohatersko nosił Lidce plecak. W tym momencie Mikołaj zorientował się, że czeka nas kolejne wysokie podejście. Zachwycony nie był.
 Ale Wojtek obiecał nam, że po wejściu na górę w końcu zrobimy sobie krótką przerwę na babeczki! No i jak widać Mikołaj został przekonany do dalszego marszu :)
 Jest obiecana przerwa na babeczki :)
A po babeczkach kolejne zejście i kolejna plaża za nami. 
I znowu pod górę...

 I krótka zmiana krajobrazu. Do tej pory maszerowaliśmy przez palmiastą dżunglę, plaże i klify, a teraz nadszedł czas na busz w głębi lądu.

 Ale nie na długo. Wojtek już przygląda się kolejnemu wzniesieniu i zastanawia się, jakich słów użyć, żeby zmotywować Lidkę i Mikołaja.
 Odpoczynek na małym wodospadzie.

 A tutaj już mamy Eagle rock, czyli orlą skałę.
 Lidka, orla skała i chłopaki..
 Tak, tak - chłopaki na orlej skale.
Dalej mamy skałki, wodę, krzaczki. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że jest PŁASKO!
 Kamienista plaża...

 ... i wchodzimy na klify.
 W oddali dostrzegliśmy łódeczki.


I nareszcie po 20 kilometrach wędrówki pojawiła się nasza wyczekana Wattamolla!
Niestety nie mamy ani jednego zdjęcia z momentu wejścia na plażę, ponieważ w szale zdejmowania ubrań i butów nikt nie myślał o robieniu zdjęć. Byliśmy głodni, zmęczeni, spoceni, więc od razu wskoczyliśmy do wody! Przez całe 20 km targaliśmy ze sobą zestawy do snorkelingu, które właśnie teraz postanowiliśmy wykorzystać!
Lidka zdążyła już wypocząć i wymarznąć, a chłopaki wciąż w wodzie!
Niestety pod wodą nie dostrzegliśmy nic ciekawego (albo byliśmy zbyt zmęczeni, żeby coś zobaczyć), dlatego szybko się zebraliśmy i poszliśmy na grilla! Jak wiadomo, najlepszymi szefami kuchni są mężczyźni, dlatego właśnie Mikołaj przyrządza jedzenia, a Lidka w tym czasie może sobie poodpoczywać!
 Ostatnie zdjęcie plaży przed wyruszeniem w dalszą drogę.
 Trochę przez krzaki...
 ... trochę przez naturalne baseny...
 ... i znowu krzaki i piach...
 ... i skały, czyli widoki najpiękniejsze!


 Mogliśmy też podziwiać fale, rozbijające się o skały z całkiem bliska.
 Jak to na nas przystało, zawsze trzeba się spieszyć. Za pierwszym razem, kiedy przemierzaliśmy Royal National Park, musieliśmy uciekać przed zachodem słońca. Tym razem uciekaliśmy przed deszczem... na szczęście się udało!
 A tutaj mamy nasz Wedding Cake, czyli skałę w kształcie tortu weselnego. Niestety z powodów bezpieczeństwa, skała została ogrodzona i już nie można na nią wejść. Po lewej stronie widać siatkę ogrodzeniową.
 A tutaj już ostatnia tablica informacyjna. Czyli udało się...
 ... z czego Mikołaj baaaaardzo się ucieszył!
 Po pokonaniu całego coastal walka weszliśmy na w miarę ucywilizowaną ścieżkę, prowadzącą do Bundeeny.
Na miejscu zaopatrzyliśmy się w wino, w związku z czym zgodnie stwierziliśmy, że to była najdłuższa wyprawa do sklepu monopolowego. Usiedliśmy na plaży, czekając na nasz prom powrotny na Cronullę...
 ... przy czym Lidka wyglądała na najszczęśliwszego człowieka świata, kiedy mogła zamoczyć zmęczone nogi w zimnej wodzie.
 Po krótkim odpoczynku nadpłynął nasz ulubiony promik.
 I mogliśmy cieszyć się chłodnym wiaterkiem. I faktem, że przemieszczamy się bez użycia nóg. Jak widać po minie Lidki, byliśmy bardzo zadowoleni z naszej wycieczki. A w zasadzie z tego, że nasze nogi mogą już odpocząć.
A na Cronulli... nagroda za pokonane kilometry!
Podsumowująć, udało nam się przejść ponad 31 kilometrów jednego dnia! Do tego kilka razy musieliśmy się mierzyć z naprawdę męczącymi podejściami i tylko odrobinę mniej męczącymi zejściami. Przez cały czas trwania wycieczki towarzyszyła nam aplikacja endomondo, dzięki czemu dokładnie wiemy, jaki dystans udało nam się pokonać. 
A teraz zapowiedź nasępnego wpisu!

Pozdrawiamy,
Lidka&Wojtek

0 komentarze:

Prześlij komentarz