czwartek, marca 17, 2016

# FILIPKI W NOWEJ ZELANDII CZ. 2

Po wyjściu z jeziora trzeba było postanowić, co dalej. Nie chodziło nawet o połowę dnia, która została (bo tu plan był), ale o całość wycieczki.


Przedwczesne zakończenie szlaku Keplera wprowadziło sporo bałaganu do naszych planów. Ktoś mógłby pomyśleć, że przecież "zyskaliśmy" dodatkowy dzień. No właśnie problem w tym, że Nowa Zelandia co prawda nie jest wielkim krajem, ale za to oferuje mnóstwo przeróżnych możliwości spędzania czasu. Nasze wakacje planowaliśmy dosyć długo, a ostatni miesiąc przed wyjazdem usiłowaliśmy ustalić dokąd jedziemy, a co odpuszczamy. W związku z tym dodatkowy dzień otworzył nam możliwość zobaczenia części miejsc, które początkowo odrzuciliśmy, bądź też przeznaczenia go na poleniuchowanie w jakimś przyjemnym miejscu. Koniec końców zapadła decyzja. Jedziemy tak, żeby zobaczyć jak najwięcej. Najwyżej odpoczniemy w Sydney po wakacjach :)
No i na pierwszy rzut - Fiordland. Można go zwiedzać można na różne sposoby. Najlepszym jest odbycie ponad 50-kilometrowej pieszej trasy, biegnącej w samym sercu Fiordlandu (Milford Track). My jednak postawiliśmy na ekspresowy tryb zwiedzania Nowej Zelandii, więc musieliśmy znaleźć inny sposób na uszczknięcie chociaż odrobiny fiordów. Tu z pomocą przyszedł nam przewodnik:


Jeśli szlak Milford uchodzi za najpiękniejszą trasę pieszą na ziemi, to 119-kilometrowa szosa z Te Anau do Milford Sound musi zostać awansowana do rangi najpiękniejszej trasy samochodowej świata.
Poczuliśmy się wystarczająco zachęceni do sprawdzenia tej informacji:)
 Już na wyjeździe z Te Anau można zobaczyć znak informacyjny: "Milford Sounds 118 km, approximately 2 hr ". Mapy Googla były nieco bardziej łaskawe i wskazały nam 1h 47 min.  
 Coś nam nie pasowało, bo przed nami pojawiła się piękna asfaltowa droga, po której wszyscy jadą standardowe 100 km/h - lekko podejrzane. Jednak po 20-25 kilometrach wszystko staje się jasne. Droga zaczyna kręcić, momentami bardzo, a do tego na prostej nikt nie zamierza depnąć w pedał gazu. Dlaczego? lepiej jechać powoli i napawać się widokami.
A widoki... no cóż, sami ocenicie :)
 Jak widać prognoza pogody, która wygoniła nas z Kepler Tracka jeszcze nie dawała o sobie znać.
Ale to nie jest jakaś wielka niespodzianka, że w Nowej Zelandii pogoda zmienia się co chwilę. To, że teraz leje, zrywa się porywisty wiatr, a słońce chowa się za gęstymi chmurami wcale nie oznacza, że za chwilę nie zrobi się słonecznie i gorąco (i odwrotnie).
 Ale wracając do naszej wycieczki! Uznaliśmy, że skoro pogoda nas oszukała, to skorzystamy ze słoneczka i spróbujemy wycisnąć z naszych 119 kilometrów jak najwięcej!
I tu z pomocą przyszły dobrze nam już znane brązowe tabliczki, czyli drogowskaz na coś historycznego, turystycznego, albo po prostu coś ciekawego do zobaczenia. Na trasie Molford Sound - Te Anau jest tego mnóstwo, tak więc niestety nie mieliśmy okazji zatrzymać się na wszystkich. Za każdych razem jednak nie żałowaliśmy podjętej decyzji zjazdu z głównej trasy.
Pierwsza atrakcja to jeziora lustrzane. I tutaj szczerze możemy powiedzieć, że spodziewaliśmy się czegoś więcej. Ale! W tym miejscu pierwszy raz uznaliśmy, że jakiś widoczek wygląda lepiej na zdjęciu niż na żywo. Dopiero na zdjęciu jako tako widać efekt lustrzany. Generalnie z tymi jeziorkami chodzi o to, że są położone jakby obok nurtu wiatru, przez co bardzo często tafla jest idealnie gładka i pasmo gór odbija się w nich perfekcyjnie. U nas trochę wiało ;)
 
 Kolejna brązowa tabliczka prowadziła nas do jeziora Marian. 
Od jeziora dzieliły nad jednak 3 godziny wędrówki, na co nie mieliśmy czasu. Ale przewodnik obiecał nam wodospady po 15 minutach, z czego oczywiście skorzystaliśmy. 
Ale najpierw... trzeba było się przeprawić przez całkiem rwącą rzekę, za pomocą całkiem nie wzbudzającego zaufania wiszącego mostku...(Lidka się trochę bała. Nawet trochę bardziej, kiedy Wojtek zaczynał mostem huśtać ;) )

 
 
 Udało nam się przeprawić przez mostek, po czym trafiliśmy w busz. Całkiem podobny do tego na Kepler Tracku.Omszałe głazy, omszałe drzewa, omszałe wszystko. A do tego ogrom paproci...
 
... z tą tylko niewielką różnicą, że teraz trafiliśmy również na rzeczkę. 
 Całkiem rwącą rzeczkę. 
 
 
 
 
 Wracając z rzeczki zwróciliśmy jeszcze uwagę na zakręcone drzewa. 
 A potem... potem pogoda nieco się zmieniła (cóż za niespodzianka!) i chmury zaczęły przykrywać piękne szczyty.
 Ale mimo wszystko, to, co widzieliśmy, zapierało dech w piersiach!

  
 
 
 
 
 Po drodze musieliśmy przeprawić się przez 1,3 - kilometrowy tunel Homera, który przecina górę na wylot. Ciekawostką jest, że tunel budowano przez 20 lat! I wystarczyło to na wybudowanie jednego pasa..
 
 
 


 
 
 
 Nowozelandzkie papugi! Ciekawostka: jest to jedna z pięciu odmian papug w NZ i jedyna na świecie występująca w paśmie alpejskim! Są duże, ciekawskie i zabawne. Podobno papugi alpejskie potrafią latać, ale zdecydowanie preferują poruszanie się po lądzie, żadnej nie widzieliśmy w powietrzu. Potrafią za to bardzo szybko biegać za samochodami z turystami :)
 
Kolejnym miejscem, w którym się zatrzymaliśmy było The Chasm, czyli 15-minutowy spacer. Przewodnik obiecał nam wodospad i spadzisty jar wycięty przez rzekę. 
Wodospad był...
... jar też był. 
 
 
 
Zatem nie oszukano nas!
Dotarliśmy na sam koniec naszej samochodowej wycieczki. Dalej można było wynająć łódź, bądź helikopter...ale nas jakoś nie kręcą takie rozrywki. Dlatego cyknęliśmy sobie pamiątkową fotkę i (chciałoby się napisać "pognaliśmy", ale wiecie, widoczki!) ruszyliśmy delektować się widoczkami w drodze powrotnej. 
 
Niestety pogoda nie sprzyjała, ale jak się dobrze przyjrzycie, zobaczycie ośnieżone szczyty!
 
 
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy jeszcze jednej rwistej rzeczce...
... i wodospadzie.

Ostatnie zdjęcie jako para...
... pierwsze jako narzeczeni :)
Fiordland zaskoczył nas potężnymi górami, tysiącem wodospadów, rwącymi rzekami i szczerze można powiedzieć, że w przewodniku nie kłamali! Najpiękniejsza trasa samochodowa, jaką kiedykolwiek widzieliśmy! W dodatku naprawdę potrafi zaskoczyć :) Od tej pory Lidka przemierzała Nową Zelandię ze swoim własnym pierścieniem!
Po tej wycieczce dopisaliśmy szlak Milford do atrakcji, które MUSIMY kiedyś zaliczyć. I na pewno to zrobimy, przy okazji następnej wizyty w Nowej Zelandii!
Po ekscytującej przejażdżce postanowiliśmy ruszać w stronę kolejnego punktu naszej wycieczki, którym były lodowce! Najpierw jednak należało znaleźć miejsce do spania. Trzeba przyznać, że tej nocy mieliśmy wyjątkowe szczęście. "Ławeczka pod drzewkiem" okazała się być ogromnym zjazdem, gdzie śmiało można było się schować za drzewami i odpocząć :) Rano zaskoczyła nas przepiękna słoneczna pogoda :)

 
Że Queenstown leży nad jeziorem, wiedzieliśmy. Jednak podczas słonecznego poranka, kolor jeziora Wakatipu nas powalił!
 

  
 
 
A w Queenstown... spotkaliśmy się z naszą wszędobylską Agą!
 A potem pojechaliśmy prosto na lodowce. Bo Nowa Zelandia ma wszystko, nawet lodowce, które zaliczają się do najłatwiej dostępnych na świecie. W Parku Narodowym Westland Tai Poutini znajduje się 140 lodowców, zasilanych obfitymi opadami śniegu. Dwa największe, zajmujące aż 2/3 lodu, to lodowiec Foksa i lodowiec Franciszka-Józefa.
Ale wracając, jechanie prosto do lodowców byłoby zbyt proste. W tym odcinku znowu Lidka nawigowała. Do dziś twierdzi, że przecież planowaliśmy zobaczyć bungee na moście Kawarau.
 Zupełnie przez przypadek (albo jak twierdzi Lidka, zupełnie celowo) trafiliśmy na most Kawarau, który jest bardzo ważnym miejscem dla amatorów adrenaliny. Ale od początku. Przed wyjazdem do nowej Zelandii wielu ludzi pytało nas, czy mamy zamiar skoczyć na bungee.
Jak głosi legenda - przed wielu, wielu laty na wyspie Pentecost, położonej na wodach Południowego Pacyfiku, pierwszego skoku dokonała kobieta, która uciekała przed ścigającym ją z zamiarem srogiego ukarania mężem. Po wyczerpaniu innych możliwości ucieczki, wspięła się na szczyt drzewa, przewiązała nogę w kostce zwisającym pnączem i desperacko rzuciła się w dół.
Natychmiast znalazła naśladowców wśród okolicznych mieszkańców, którzy uznali, że w ten właśnie sposób mogą zademonstrować swoją odwagę i dzielność. Specyficzny element folkloru wyspy przybliżyła światu ekipa dziennikarzy "National Geographic", którzy opisali je w styczniowym numerze tego miesięcznika z 1955 roku. Artykuł zmobilizował członków Uniwersyteckiego Klubu Niebezpiecznych Sportów w Oksfordzie do podjęcia podobnych prób na własnym terenie. W 1979 roku kilku jego członków oddało słynny skok z 75-metrowej wysokości mostu Clifton w Bristolu. Wydarzenie to miało uroczystą oprawę, a jego bohaterowie przyodziani byli w smokingi i cylindry. Powtórka nastąpiła również w bardzo widowiskowej scenerii, a jej miejscem był most Golden Gate w San Francisco.
Za ojca komercyjnego bungee uważa się Nowozelandczyka Alana Johna "AJ" Hacketta, który pierwszy skok wykonał w 1986 r. z mostu w Auckland. Rok później skoczył z wieży Eiffle'a, zaś w 1988 r., na moście Kawarau na Wyspie Południowej w Nowej Zelandii zaczął organizować pierwsze w świecie skoki dla klientów. 
Więc stoimy przy moście Kawarau. Zastanawiamy się... skoczyć? Nie skoczyć?
 Ale jak już wiecie, staramy się unikać płatnych i zatłoczonych atrakcji turystycznych i oczywiście tylko dlatego odpuściliśmy skok. Ale popatrzyliśmy jak inni skaczą.
Sami nie skoczyliśmy, ale (tu prosimy nasze drogie Mamy o odejście od monitorów) trochę żałujemy. No nic, będzie co robić, jak odwiedzimy Nową Zelandię jeszcze raz.
Po obejrzeniu kilku skoków wróciliśmy na właściwą trasę. Ale po drodze zauważyliśmy drogowskaz na "Puzzling world". Oczywiście, że jedziemy. Pierwszą atrakcją był labirynt. I to nie byle jaki.
 Na każdym z czterech rogów znajdowała się wieża. Żeby przejście labiryntu było ważne, należało wejść na każdą z wież w określonej kolejności.
Ale "określona kolejność" zwykle oznaczała, że Wojtek wchodził pierwszy, a Lidka dopiero po nim...
 
Bieganie po labiryncie zajęło nam jakieś 40 minut. Pomimo deszczu, mieliśmy naprawdę niezłą zabawę. Trzeba przyznać, że to był dobry sposób na rozruszanie naszych szarych komórek, nieco wymęczonych po długiej podróży autem. Zaraz po labiryncie poszliśmy zobaczyć drugą atrakcję - pokój iluzji. I tutaj również się nie zawiedliśmy. 
 "Ojojoj oj jak ciężko"
 Duża Lidka, czy mała Lidka?
Puzzling world nie jest drogi, a dostarcza naprawdę dużo zabawy! 
Później już bez żadnych przerw na atrakcje (co najwyżej selfiki z widoczkami) gnaliśmy do naszego noclegu, znajdującego się tuż przed lodowcami.
Rada praktyczna: ZAWSZE rezerwujcie sobie nocleg zanim wjedziecie do Mount Aspring National Park. Pisaliśmy o problemach z zasięgiem na południowej wyspie. Ale na trasie Makarora - nasz "motel" nie znaleźliśmy ani pół kreski zasięgu. Całe szczęście mieliśmy zarezerwowane miejsce do spania, bo inaczej mielibyśmy duży problem. 
W drodze do naszego noclegu nie robiliśmy zbyt wiele zdjęć, bo... niesamowicie lało. Złapała nas taka ulewa, że nie było mowy o wychodzeniu z samochodu. Ciekawostką były wodospady, zrzucające wodę po pionowych ścianach skalnych wprost na ulicę. 
Kolejnego dnia rano wyruszyliśmy w kierunku lodowca Foxa.
Droga była całkiem imponująca, a i pogoda mocno się poprawiła. 

Po dojechaniu do parkingu musieliśmy kawałek przejść, żeby spotkać się z czołem lodowca.
 Musieliśmy też minąć rwącą rzekę, zasilaną właśnie przez lodowiec.
Czy ktoś ma ochotę na kąpiel?
 I jeszcze kawałeczek pod górę...
 I jest!
 
 Ale jak widać, nie tylko my chcieliśmy zobaczyć lodowiec, więc po kilku obowiązkowych zdjęciach postanowiliśmy wracać do samochodu i ruszać dalej.
 
 
 
A tutaj zdjęcie Lidki, stojącej na lodowcu! Yyy, na lodowcu, który jeszcze kilka lat temu był w tamtym miejscu.
 I teraz ciekawostka. A w zasadzie nie powinno to nikogo dziwić. Bo lodowiec się cofa, a właściwie topnieje. Poniższe zestawienie zdjęć obrazuje widok na lodowiec w 2008 i 2014 roku. My byliśmy tam na początku 2016 roku, a dostrzegliśmy naprawdę dużą różnicę, pomiędzy rokiem 2014.
 W dodatku, po drodze na parking, z którego szliśmy na lodowiec, mijaliśmy tabliczki "Tu lodowiec był w 1900 roku", "Tu lodowiec był w 1935 roku" i "Tu lodowiec był w 1975 roku". Wydało nam się to trochę dziwne, zważywszy na fakt, że wszędzie dookoła było zielono. No ale cóż, taki urok lodowca. I oczywiście była informacja, że najbezpieczniejszym sposobem eksplorowania lodowca jest wynajęcie helikoptera. Poważnie, nie wiemy co oni mają z tymi helikopterami... My jednak się nie skusiliśmy.
Nie zastanawiając się zbyt długo, ruszyliśmy w dalszą drogę do lodowca Franciszka- Józefa.
 

Na lodowce mieliśmy jeden ciekawy plan. Bo sam wypad na lodowiec wymaga wykupienia wycieczki helikopterem, ale może by tam obejrzeć lodowiec z jakiegoś innego, łatwiej dostępnego szczytu? Wyczytaliśmy, że jest to możliwe, jeśli wespniemy się na górę Foxa. Szlak znaleziony, mniej więcej wiemy gdzie jechać, tylko... czekaj czekaj, jakim cudem tutaj piszą, że 7,4 km zajmuje 8 godzin??!!
Ekhm... uznajmy, że nasze zaniedbanie w pozyskiwaniu informacji wynikało z braku internetu w drodze. No nic, doszliśmy do wniosku, że odpuszczamy Mt Fox na rzecz ekspresowego zwiedzania i... wyruszyliśmy dalej, w stronę naleśników. Nie, nie. Nie takich jadalnych, a skalnych. 

Po drodze widzieliśmy piękne przechylone drzewa. 
 
 
I zaliczyliśmy pizzę z widoczkiem!
  
Podróżowanie zachodnim wybrzeżem wyspy południowej dostarcza wielu pięknych widoczków. Za jednym zamachem można zobaczyć piękne Alpy Południowe, a po drugiej stronie Morze Tasmana. 
  

I dojechaliśmy! Punakaiki w Parku Narodowym Paparoa.
I bardzo dobrze, że godzinę wcześniej najedliśmy się pizzą! Naleśnikowe skały potrafią zaostrzyć apetyt! 
 
 
 
 
 
 
A po naleśnikach... pojechaliśmy zobaczyć foki. Tutaj należą się trzy słowa wyjaśnienia. WOJTEK UWIELBIA FOKI. Znaleźliśmy informację, że na przylądku Foulwind można oglądać kolonię fok. 
No i rzeczywiście można było. Widzieliśmy może ze 4 foki. Z daleka... W dodatku na skałach... w kolorze foki. 
No nic, trudno. Może jeszcze uda nam się zobaczyć foczyska. Ruszyliśmy w dalszą drogę.
Tego wieczoru postanowiliśmy przebić się na wschodnie wybrzeże, do miejscowości Kaikoura. Mieliśmy do pokonania nieco ponad 350 km. Postanowiliśmy jechać przed siebie, a po drodze znaleźć sklep, zrobić zapasy, zaopatrzyć się w kawę na wieczorną podróż, a na koniec znaleźć jakieś miłe miejsce do spania. 
Rada praktyczna: Pomiędzy Westport, a Kaikoura nie ma nic. NIC. Jeśli google pokazuje, że zaraz będzie jakaś miejscowość, to lepiej nie mieć większych oczekiwań. Miejscowość równa się skrzyżowanie, albo most. Żadnego sklepu, żadnej kawy, czasami tylko jakaś farma. Zróbcie zapasy zanim wyjedziecie z Westport.
Rada praktyczna 2: Podróżując w stronę Kaikoury, po jakichś dwustu kilometrach kończą się parkingi, zatoczki, czy chociażby jakiekolwiek małe zjazdy, gdzie można odpocząć. Na całej trasie nie uświadczycie też znaku ławeczki pod drzewkiem. W końcu, jakieś 30 kilometrów przed Kaikourą, gdy byliśmy naprawdę zmęczeni, udało nam się znaleźć kawałek zatoczki, co prawda na skarpie, ale była ławeczka i nie było zakazu spania. Spędziliśmy tam noc w aucie. A rada praktyczna? Pojedźcie 5 kilometrów dalej. Tam jest wielki parking pod drzewkiem, z toaletą, koszami na śmieci i najprawdopodobniej też z darmowym Wifi. No cóż, skąd mogliśmy wiedzieć...
Nie da się ukryć, że niezbyt się wyspaliśmy tamtej nocy. Zjazd przy dość ruchliwej ulicy, samochód zaparkowany na lekkiej skarpie i mało czasu na sen spowodowały, że musieliśmy się zmierzyć z naprawdę ciężkim porankiem. Ale na tym kończymy dzisiejszy odcinek Filipków w Nowej Zelandii. Przejechaliśmy kolejne setki kilometrów, widzieliśmy fiordy, lodowce, naleśnikowe skały, setki pięknych widoczków i kilka fok. Za nami już 6 dni naszej wycieczki i powoli trzeba myśleć o przeprawie na wyspę północną... Ale najpierw...
mała zapowiedź następnego odcinka!

L&W


1 komentarz: