środa, marca 11, 2015

#MAMY DACH NAD GŁOWĄ!


Ale od początku…



W sobotę po południu wybraliśmy się z Ciastkiem do „miasta”. Wypiliśmy wino w plenerze i był to jeden z piękniejszych plenerów jakie kiedykolwiek zaliczyliśmy :) Pewnie wszyscy pamiętacie, jak opowiadaliśmy o kolorowych papugach, które latają w Sydney jak gołębie w Polsce i oto one:


Wypisz wymaluj polskie gołębie!
Ale nie przejmowaliśmy się, wiedzieliśmy, że w końcu znajdziemy kolorowe papugi!
Przepiękny plener
Bardzo ciekawym miejscem w centrum miasta jest Hyde Park. Jest to piękny zielony park, który od wielkich drapaczy chmur oddzielony jest tylko jedną drogą. W Hyde Parku można rozłożyć się na trawie, nigdzie nie ma tabliczek „nie deptać zieleni”, a mimo to jest czysto i pięknie. Kiedy już będziemy rekinami biznesu, na pewno przerwy śniadaniowe będziemy spędzać w Hyde Parku! Niestety z sobotniego wypadu do Hyde Parku nie mamy zdjęć, ponieważ jeszcze nie odkryliśmy jak dobrze robić zdjęcia nocą telefonem. Ale Hyde Park jest nie tylko ładny, jest również ciekawy. Wieczorami biegają w nim szczury wielkości małych kotów, a nad głowami latają nietoperze wielkości dużych kotów! W parku krzaki się ruszają i krąży legenda, że nikt nie jest w stanie wsadzić ręki w te krzaki na dłużej niż 2 minuty. Nie próbowaliśmy i nie zamierzamy :)
Pozostając przy australijskiej faunie należy wspomnieć również o karaluszkach. Są duże, są wszędzie i są okropne… Ale trzeba się do nich przyzwyczaić, ponieważ w Australii są one powszechne. Dlatego wzbudziliśmy spore zainteresowanie wśród przechodniów, kiedy robiliśmy to zdjęcie:

W niedzielę mieliśmy kilka pokoi do obejrzenia, ponieważ w końcu trzeba było coś wynająć. W dużym skrócie obejrzeliśmy 4 pokoje, z czego tylko 2 braliśmy pod uwagę, w czym ten 1 był super i postanowiliśmy się wprowadzić. Zanim pokażemy jak mieszkamy, wrzucamy kilka zdjęć z wycieczki objazdowej po mieszkaniach.
Po wybraniu pokoju Ciastek zabrał nas w miejsce, z którego mieliśmy piękny widok na centrum Sydney.
W oddali widać wieżowce
Po wycieczce przyszedł czas na pizzę (Domino’s), która była przepyszna i kosztowała tylko 5 dolarów! Tak minęła nam niedziela. W poniedziałek rano spakowaliśmy się i przed wprowadzeniem się do nowego pokoju musieliśmy jeszcze pozałatwiać kilka spraw. Wybraliśmy się do K-martu, czyli sklepu, w którym kupić można absolutnie WSZYSTKO. Kupiliśmy niezbędne przejściówki europejsko – australijskie.
Palmy na stacji metra
Wszędzie palmy
I jeszcze więcej palm!

Przed 14 wyruszyliśmy w podróż do nowego mieszkania!
Metrem, z bagażami…

Ale… kiedy byliśmy w centrum, dostaliśmy telefon od Wojtka – kolegi Wojtka, trzeciego Wojtka w Sydney, którego znam (Lidka), że właśnie skończył pracę i możemy gdzieś razem wyskoczyć! Podjechał po nas samochodem do Hyde Parku – gdzie widzieliśmy ibisy!

Zapakowaliśmy się i pojechaliśmy do… Domino’s Pizza po pizzę za 5 dolarów! Skonsumowaliśmy ją w jednym z piękniejszych miejsc, jakie widzieliśmy (a pewnie wiele jeszcze zobaczymy).
Na moje nieszczęście powiedzieliśmy Wojtkowi, że pająki w Sydney nie istnieją, bo żadnego jeszcze nie widzieliśmy. W związku z tym razem z Wojtkiem poszliśmy na mała przechadzkę (jakieś 30 metrów od miejsca, w którym spokojnie jedliśmy sobie pizze)

Pająki jednak są… i są wielkie, ale nieczułe i nie reagują na kobiecy krzyk, więc jestem bezpieczna (Lidka)
Po obiadku Wojtek odwiózł nas do naszego nowego pokoju i… wprowadziliśmy się :) Jednak musieliśmy kupić kilka rzeczy, więc znów udaliśmy się do K- martu na poważne domowe zakupy. Oto co kupiliśmy:
Łóżka nie kupowaliśmy J
W tym momencie nasze mieszkanie wygląda tak:
Nie dorobiliśmy się jeszcze wieszaków, więc moja walizka jeszcze nie została do końca rozpakowana :) (Lidka)
Walizka jest świetnym wieszakiem na kalendarz emigracyjny!
Tajemnicza maszyna, naszej chińskiej współlokatorki, do wytwarzania tajemniczego chińskiego żarcia (ma nawet pałeczki z hello kitty).
Wystrój naszej łazienki sponsoruje Starbucks! (Pozdro Uleczka)
Nasze mieszkanie jest super, jest nowiutkie, jeszcze pachnie świeżą farbą, więc nie ma szans na karaluszki, nasza chińska współlokatorka jest bardzo miłą osobą, ale jest coś, co zakłóca nasze domowe zacisze. Problem przedstawimy na planie sytuacyjnym:
Jak przyjechaliśmy zobaczyć mieszkanie była niedziela, cisza i spokój, a jako, że przyjechaliśmy samochodem, nie zwróciliśmy uwagi na to, że ta dzielnica dopiero się buduje :)

Poniedziałek minął nam pod hasłem „spaceruj, ale z przewodnikiem”. Wybraliśmy się do Royal Botanic Garden (czyli po polsku ogródek Elżuni).
Katedra Najświętszej Marii Panny – w drodze do ogródka
Lidka i palmy
Wojtek i Palmy
Kakadu – papugi, które zanim zobaczysz – usłyszysz. Drą się niesamowicie…
Lidka i kraina palm!
Dystrybutory z wodą ugasiły nasze pragnienie.
A miedzy kwiatkami pajączek :)
Pan karmi papugi! Następnym razem bierzemy ze sobą chleb i też będziemy karmić kolorowe ptaki!

Aborygeńskie drzewo ma ponad 200 lat
 
W Australli strachy na wróble rosną na palmach!

 
U Królowej w ogródku można znaleźć sałatę!

I szczypiorek!

Na tym zdjęciu trzeba dobrze się przyjrzeć, żeby zobaczyć mamę ptaszkową, która karmi małego ptaszka. Wojtek zaryzykował życiem, robiąc to zdjęcie, ponieważ pani Ptaszkowej nie spodobało się to, że podgląda ją paparazzo!

Po spacerze w ogródku Królowej spotkaliśmy się w polskim gronie, aby zjeść najbardziej australijską z australijskich potraw – grilla!
A dzisiaj hmm… w końcu przestaliśmy jeść pizzę i zaczęliśmy gotować!

I zauważyliśmy, że nasze łyżki nadają się bardziej do smakowania niż jedzenia (ewentualnie nadadzą się, jako packi na muchy)

Teraz delektujemy się nieco bardziej rześkim powietrzem, ponieważ przed chwilą skończyła się burza! 

1 komentarz:

  1. Zal dupe sciska 3. Ale pajakow i karaluchow to wam nie zazdroszcze :)

    Mąka

    OdpowiedzUsuń