W sobotę po południu wybraliśmy się z Ciastkiem do „miasta”. Wypiliśmy wino w plenerze i był to jeden z piękniejszych plenerów jakie kiedykolwiek zaliczyliśmy :) Pewnie wszyscy pamiętacie, jak opowiadaliśmy o kolorowych papugach, które latają w Sydney jak gołębie w Polsce i oto one:
Wypisz wymaluj polskie gołębie!
Ale nie przejmowaliśmy się, wiedzieliśmy, że w końcu
znajdziemy kolorowe papugi!
Przepiękny plener
Bardzo ciekawym miejscem w centrum miasta jest Hyde Park.
Jest to piękny zielony park, który od wielkich drapaczy chmur oddzielony jest
tylko jedną drogą. W Hyde Parku można rozłożyć się na trawie, nigdzie nie ma
tabliczek „nie deptać zieleni”, a mimo to jest czysto i pięknie. Kiedy już
będziemy rekinami biznesu, na pewno przerwy śniadaniowe będziemy spędzać w Hyde
Parku! Niestety z sobotniego wypadu do Hyde Parku nie mamy zdjęć, ponieważ
jeszcze nie odkryliśmy jak dobrze robić zdjęcia nocą telefonem. Ale Hyde Park
jest nie tylko ładny, jest również ciekawy. Wieczorami biegają w nim szczury
wielkości małych kotów, a nad głowami latają nietoperze wielkości dużych kotów!
W parku krzaki się ruszają i krąży legenda, że nikt nie jest w stanie wsadzić
ręki w te krzaki na dłużej niż 2 minuty. Nie próbowaliśmy i nie zamierzamy :)
Pozostając przy australijskiej faunie należy wspomnieć
również o karaluszkach. Są duże, są wszędzie i są okropne… Ale trzeba się do
nich przyzwyczaić, ponieważ w Australii są one powszechne. Dlatego wzbudziliśmy
spore zainteresowanie wśród przechodniów, kiedy robiliśmy to zdjęcie:
W niedzielę mieliśmy kilka pokoi do obejrzenia, ponieważ w
końcu trzeba było coś wynająć. W dużym skrócie obejrzeliśmy 4 pokoje, z czego
tylko 2 braliśmy pod uwagę, w czym ten 1 był super i postanowiliśmy się
wprowadzić. Zanim pokażemy jak mieszkamy, wrzucamy kilka zdjęć z wycieczki
objazdowej po mieszkaniach.
Po wybraniu pokoju Ciastek zabrał nas w miejsce, z którego
mieliśmy piękny widok na centrum Sydney.
W oddali widać wieżowce
Po wycieczce przyszedł czas na pizzę (Domino’s), która była
przepyszna i kosztowała tylko 5 dolarów! Tak minęła nam niedziela. W
poniedziałek rano spakowaliśmy się i przed wprowadzeniem się do nowego pokoju
musieliśmy jeszcze pozałatwiać kilka spraw. Wybraliśmy się do K-martu, czyli
sklepu, w którym kupić można absolutnie WSZYSTKO. Kupiliśmy niezbędne
przejściówki europejsko – australijskie.
Palmy na stacji metra
Wszędzie palmy
I jeszcze więcej palm!
Przed 14 wyruszyliśmy w podróż do nowego mieszkania!
Metrem, z bagażami…
Ale… kiedy byliśmy w centrum, dostaliśmy telefon od Wojtka –
kolegi Wojtka, trzeciego Wojtka w Sydney, którego znam (Lidka), że właśnie
skończył pracę i możemy gdzieś razem wyskoczyć! Podjechał po nas samochodem do
Hyde Parku – gdzie widzieliśmy ibisy!
Zapakowaliśmy się i
pojechaliśmy do… Domino’s Pizza po pizzę za 5 dolarów! Skonsumowaliśmy ją w
jednym z piękniejszych miejsc, jakie widzieliśmy (a pewnie wiele jeszcze
zobaczymy).
Na moje nieszczęście powiedzieliśmy Wojtkowi, że pająki w
Sydney nie istnieją, bo żadnego jeszcze nie widzieliśmy. W związku z tym razem
z Wojtkiem poszliśmy na mała przechadzkę (jakieś 30 metrów od miejsca, w którym
spokojnie jedliśmy sobie pizze)
Pająki jednak są… i są wielkie, ale nieczułe i nie reagują
na kobiecy krzyk, więc jestem bezpieczna (Lidka)
Po obiadku Wojtek odwiózł nas do naszego nowego pokoju i…
wprowadziliśmy się :) Jednak musieliśmy kupić kilka rzeczy, więc znów udaliśmy
się do K- martu na poważne domowe zakupy. Oto co kupiliśmy:
Łóżka nie kupowaliśmy J
W tym momencie nasze mieszkanie wygląda tak:
Nie dorobiliśmy się jeszcze wieszaków, więc moja walizka
jeszcze nie została do końca rozpakowana :) (Lidka)
Walizka jest świetnym wieszakiem na kalendarz emigracyjny!
Tajemnicza maszyna, naszej chińskiej współlokatorki, do
wytwarzania tajemniczego chińskiego żarcia (ma nawet pałeczki z hello kitty).
Wystrój naszej łazienki sponsoruje Starbucks! (Pozdro
Uleczka)
Nasze mieszkanie jest super, jest nowiutkie, jeszcze pachnie
świeżą farbą, więc nie ma szans na karaluszki, nasza chińska współlokatorka
jest bardzo miłą osobą, ale jest coś, co zakłóca nasze domowe zacisze. Problem
przedstawimy na planie sytuacyjnym:
Jak przyjechaliśmy zobaczyć mieszkanie była niedziela, cisza
i spokój, a jako, że przyjechaliśmy samochodem, nie zwróciliśmy uwagi na to, że
ta dzielnica dopiero się buduje :)
Poniedziałek minął nam pod hasłem „spaceruj, ale z
przewodnikiem”. Wybraliśmy się do Royal Botanic Garden (czyli po polsku ogródek
Elżuni).
Katedra Najświętszej Marii Panny – w drodze do ogródka
Lidka i palmy
Wojtek i Palmy
Kakadu – papugi, które zanim zobaczysz – usłyszysz. Drą się
niesamowicie…
Lidka i kraina palm!
Dystrybutory z wodą ugasiły nasze pragnienie.
Pan karmi papugi! Następnym razem bierzemy ze sobą chleb i
też będziemy karmić kolorowe ptaki!
Aborygeńskie drzewo ma ponad 200 lat
W Australli strachy na wróble rosną na palmach!
U Królowej w ogródku można znaleźć sałatę!
I szczypiorek!
Na tym zdjęciu trzeba dobrze się przyjrzeć, żeby zobaczyć
mamę ptaszkową, która karmi małego ptaszka. Wojtek zaryzykował życiem, robiąc
to zdjęcie, ponieważ pani Ptaszkowej nie spodobało się to, że podgląda ją
paparazzo!
Po spacerze w ogródku Królowej spotkaliśmy się w polskim
gronie, aby zjeść najbardziej australijską z australijskich potraw – grilla!
A dzisiaj hmm… w końcu przestaliśmy jeść pizzę i zaczęliśmy
gotować!
I zauważyliśmy, że nasze łyżki nadają się bardziej do
smakowania niż jedzenia (ewentualnie nadadzą się, jako packi na muchy)
Teraz delektujemy się nieco bardziej rześkim powietrzem,
ponieważ przed chwilą skończyła się burza!





















































Zal dupe sciska 3. Ale pajakow i karaluchow to wam nie zazdroszcze :)
OdpowiedzUsuńMąka