niedziela, marca 22, 2015

#WYCIECZKA W ZNANO-NIEZNANE


Dziś mieliśmy dosyć siedzenia w domu i pomimo braku wymarzonej pogody (25 stopni, wiatr i chmury) postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę. Początkowo mieliśmy przejść między dwiema plażami - Coogee i Bondi, ale w ostatniej chwili zmieniliśmy zdanie. I oto, co z tego wyszło!

Na początek informacja dnia - Jest szansa, że wiercenie w skale nie będzie już nas budzić o świcie. Dlaczego? Po wyjściu z domu zaskoczył nas taki widok:
Mamy pod domem pięknego żurawia :) Jutro damy znać, czy rzeczywiście przestali wiercić w skale...
W ostatniej chwili zmieniliśmy plany ze spaceru, na podróż promem + spacer :) Jako, że jest niedziela, a więc komunikację mamy już od dwóch dni za darmo, a promami można pływać, korzystając z naszych kart - żal byłoby tego nie uczynić (następna taka opcja dopiero za tydzień, jak już wyjeździmy odpowiedni limit). Więc szybka zmiana planów i wyruszamy na Manly :)
Teraz czas na trochę historii. Jak podaje przewodnik po Sydney (dzięki Mena i Karo :*), port Circular Quay jest miejscem, gdzie narodziła się Australia.
Ponad 200 lat temu, 26 stycznia 1788 r., w tym miejscu zatknięto flagę na znak początku europejskiego osadnictwa. W zatoce rzuciły kotwice żaglowce przybyłej z Anglii pierwszej flotylii - jedenaście statków, których załogi przez osiem miesięcy zmagały się z oceanem.
My wyruszyliśmy w drugą stronę - wybraliśmy 30 minutowy rejs na północ w stronę Manly (pisaliśmy o tym miejscu przy okazji plaż i picia wina na klifie). Tak wyglądała podróż:



 A kiedy już postawiliśmy stopę na lądzie, zobaczyliśmy to:
 Zakaz wprowadzania na plażę psów, ponieważ zagrażają one jedynej w Sydney populacji pingwinów małych (tych z Madagaskaru). Niestety, żadnego nie spotkaliśmy :( Wybraliśmy się w stronę plaży Manly, a docelowo mieliśmy przejść przez Shelly i odwiedzić wcześniej poznany klif. Dziś w Sydney mocno wiało, toteż widzieliśmy wielu surferów. Postanowiliśmy przysiąść i oglądać ich zmagania z falami :)

To nie może być trudne - powiedziała Lidka, patrząc na dzielną australijską surferkę:)
Po pokazie umiejętności nie ginięcia w falach, poszliśmy w stronę plaży muszelkowej.

 3 panie i 1 pan na deskach z wiosłami... to też nie może być trudne (#wyzwanie)
Przemknęliśmy przez Shelly i... zamiast pójść w stronę znanego nam klifu, Wojtek postanowił zaciągnąć Lidkę w drugą stronę.
 Wojtek wybrał jak zawsze najbardziej zarośniętą, stromą i obfitującą w pająki drogę...
 I bardzo dobrze!
Chwilę po zrobieniu tego zdjęcia znaleźliśmy rewelacyjny klif na uboczu :)


I w tak pięknym miejscu raczyliśmy się winem, oglądając fale, rozbijające się o skały:)
Wracając, Lidka postanowiła pozbierać kilka muszelek na pamiątkę.

 A na promie powrotnym spotkaliśmy... stateczek... wielkości hmm... 8 piętrowej magnolii we Wrocławiu!
A fajnych widoczków było więcej :)




Były fotki z operą w tle w nocy, muszą być również dzienne:)

Po dzisiejszej wycieczce stwierdziliśmy, że nie popełnimy kolejny raz wczorajszego błędu i nie będziemy siedzieć w domu nawet w pochmurny i z pozoru nieciekawy dzień. Sydney jest tak piękne, że wcale nie trzeba mieć bezchmurnego nieba, aby zobaczyć coś niesamowitego!

A co zostało zobaczone już się nie odzobaczy :)

Lidka & Wojtek

0 komentarze:

Prześlij komentarz