Po długiej podróży udało nam się stanąć na australijskiej ziemi. Najpierw musieliśmy odstać swoje w kolejce do kontroli paszportowej (dlatego od razu stwierdziliśmy, że trzeba się starać o obywatelstwo australijskie - Australijczycy i Nowozelandczycy mają osobną kolejkę, która jest dużo krótsza, a sama kontrola odbywa się poprzez skorzystanie z automatu, co znacznie ułatwia sprawę). Po krótkiej rozmowie z miłym panem i odebraniu walizek (niestety serduszka nie przetrwały - Miłka i Filon - wybaczcie) mogliśmy wyjść z lotniska! Po drodze kupiliśmy karty SIM, aby tanio kontaktować się z rodziną i przyjaciółmi. Po krótkim czasie przyjechał po nas Wojtek vel Ciastek i zaprowadził nas na parking. Ruch lewostronny to jakaś magia... Ciężko jest się przyzwyczaić, że wszystkie samochody jeżdżą "pod prąd". Kierownica z prawej strony generuje pewne problemy... Otóż trzeba pamiętać, że pasażer NIE wsiada prawą stroną, jak to próbował zrobić Wojtek :)
Palmy
Jeszcze więcej palm (Lidka lubi palmy:)
Pierwsze spojrzenie na Harbour Bridge - najsłynniejszy most w Sydney
I przejazd przez most (taki most Grunwaldzki XL)
Tak wyglądała droga do mieszkania, w którym obecnie się znajdujemy - Serdecznie dziękujemy Gospodarzom!
Co robiliśmy później? Najpierw kontakt do rodziny i przyjaciół, a potem kąpiel - i tutaj potwierdziły się informację o tym, że woda kręci się w drugą stronę. Co prawda, system spłukiwania toalety nie opiera się o ruch wirowy, ale już spuszczanie wody z wanny dało nam pewność, że faktycznie jesteśmy na drugim końcu świata :)
Po kąpieli, aby uniknąć jet laga, czyli dolegliwości związanych ze zmianą stref czasowych, postanowiliśmy pójść załatwić najważniejsze sprawy. Ciężko jest się przyzwyczaić do tego, żeby nie brać ze sobą cieplejszej bluzy, bo nie będzie zimno :) Więc włożyliśmy krótkie spodnie, krótkie rękawy, kapelusze, okularki i wyruszyliśmy założyć konto bankowe :)
Tymczasowy widok z okna :)
Po założeniu konta postanowiliśmy wrócić na chwilę do mieszkania, żeby zostawić papierki i kapelusze (wiaterek był dosyć mocny). I niestety około godziny 14 czasu australijskiego dopadł mnie (Lidkę) Jet lag w czystej postaci. Oczy same się zamykały, rozbolało mnie dosłownie wszystko, a spać mogłabym wtedy nawet na stojąco. Ale wiedzieliśmy, że pójście spać to najgorsze, co możemy zrobić, więc wyszliśmy z mieszkania i poszliśmy kupić opal card - czyli karty, dzięki którym możemy poruszać się po Sydney komunikacją publiczną.
Następnie nadszedł czas na pierwsze zakupy - jeść coś trzeba. W drodze do sklepu pierwszy raz stwierdziliśmy "uff, jak gorąco". Następnym razem nie będziemy się zastanawiać, czy na pewno włożyć krótkie spodnie oraz czy sandały to dobry pomysł :)
Nasze pierwsze zakupy
Pierwsze zakupy to mrożona pizza (na razie odpuszczamy gotowanie), chleb tostowy, butla soku pomarańczowego, a także dwie perełki - VEGEMITE i niezbędny krem do opalania. O Vegemite czytaliśmy wiele - że prawdziwy australijski przysmak, że bogaty w witaminę B i że nie każdemu smakuje. No ale spróbować trzeba. Relacja z próbowania będzie później :) Co do kremu do opalania - filtr 50+ to absolutna konieczność. Więc mamy zapas!
Po zakupach wróciliśmy do mieszkania i niestety złamaliśmy się - kilkugodzinna drzemka nas pokonała. Około 20 udało nam się wstać, zjeść obiadokolację, a później wyszliśmy na miasto zobaczyć to, co jest wizytówką Sydney - Opera House :)
Obowiązkowe zdjęcie z Operą w tle
Fajerwerki nad Operą - na pewno z okazji naszego przyjazdu :)
Kolejne obowiązkowe zdjęcie - Harbour Bridge :) (pozdro dla Exize)
Pierwsze piwo w Sydneyowie i to od razu z takim widokiem!
Wróciliśmy do domu, kąpiel i do spania. Tak nam właśnie minął pierwszy dzień na australijskiej ziemi.
W odpowiedzi na wszystkie pytania, wyjaśniamy, że nie widzieliśmy jeszcze:
- pająków (ale za to były dwa karaluchy wielkości orzecha włoskiego, ale podobno tutaj to normalne, ze względu na klimat),
- papug (śmierdzące gołębie za to były),
- kangurów,
- koali,
- dziobaków,
- wombatów,
- kuoków,
- innych przedstawicieli zwierzęcego świata Australii.
ALE WSZYSTKO PRZED NAMI!
Teraz (u nas jest sobota, godzina 14) szukamy dachu nad głową. To znaczy Wojtek przegląda ogłoszenia, a ja (Lidka) piszę post :)
Co do VEGEMITE - spróbowaliśmy!
Wojtek odważnie, Lidka ostrożnie
Subiektywne odczucia:
Wojtek zjadł ten mały kwadracik, a później jeszcze całą kanapkę: Jest dziwne, w ogóle nie jest drożdżowe, smakuje jak wołowina wymieszana z gorzko - kwaśnym posmakiem kawy. Nie jestem tego fanem, ale da się zjeść.
Lidka zjadła ten mały kawałeczek, chociaż "zjadła" to zbyt wiele powiedziane: Ohyda, Pawlikowska miała rację, wygląda i smakuje jak smoła, nie wiem jakim cudem jest to przysmak australijskich dzieci...
U Was jest środek nocy, tymczasem my wyruszamy na podbój Sydney!
Lidka & Wojtek

















Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńAle świetne palmy! <3
OdpowiedzUsuńPiękne widoki :)
A to vegemite to takie masło czekoladowe bez czekolady? :P