Dzisiaj odpowiadamy na pytanie "Jak wygląda Wielkanoc w Australii?" :)
Już wiele osób zadało nam to pytanie. Dlatego zapraszamy na relację z naszych pierwszych wspólnych świąt :)
Pierwszą znaczącą różnicą pomiędzy Wielkanocą w Australii i w Polsce jest to, że... tutaj JEST CIEPŁO :)
A tak poważnie, niedzieli nie rozpoczęliśmy od Rezurekcji, ponieważ tutaj jej o 6 rano nie ma. Procesja rezurekcyjna odprawiana jest w Wielką Sobotę po nabożeństwie. W związku z tym, dzień rozpoczęliśmy od przygotowania naszego uroczystego śniadania :) Obowiązkowo postawiliśmy na jajka w majonezie, aczkolwiek każde z nas zrobiło je tak, jak robi się to w naszych domach :) W teorii, bo w praktyce, Lidka miała nie majonezu winiary, a majonez z chilli, nie 18%-ową śmietanę z Zotta, a gęstą śmietanę marketową, a zamiast kiszonych ogórków marki "Lidka, przynieś z piwnicy", europejskie ogórki w occie. Dobrze, że chociaż jajko było kurze :) Wojtek również posłużył się tymi składnikami, do wykonania tradycyjnych jajek w majonezie.
Resumując, nasze śniadanie składało się z dwóch rodzajów jajek w majonezie, "białej kiełbasy" (prawie biała i prawie kiełbasa), grzanek, ogórków europejskich, a także substytutu "ćwikły z chrzanem" w postaci ketchupu i sosu barbeque :) Żurku nie było, nie stać nas jeszcze na radosną naukę gotowania zup przez Lidkę :) Podzieliliśmy się jajkiem, złożyliśmy sobie świąteczne życzenia (pierwszy raz na żywo w Wielkanoc, a więc moment historyczny) i zasiedliśmy do stołu. Jego bogactwo nas zadziwiło, dopiero dzisiaj Wojtek dokończył jajka w majonezie :)
Po śniadaniu nadszedł czas na kawę i świąteczne ciasto, w postaci papai(z promocji) i ciasteczek (za 1$). Tutaj właśnie Wojtek je przygotowuje :)
Świąteczne słodkości... (już tęsknimy za ciastem Mamy Wilgosz)
A po cieście nadszedł czas na prezenty! Lidka będzie ćwiczyć, a Wojtek zadba o swoją fryzurę. Ponadto, każda kobieta chociaż raz w życiu musi dostać w prezencie kapcie :)
Następnie udaliśmy się do kościoła na polską mszę. Kościół wypełnił się Polakami, msza oczywiście też po polsku. Lidka się wzruszyła...
I tak właśnie wyglądała nasza polska część Świąt Wielkanocnych. A jak to się robi po australijsku? Po kościele wybraliśmy się na plażę Coogee, aby wspólnie z Michałem i Sandrą spędzić popołudnie. Plaża była pełna ludzi.
Deptak i trawnik również.
Była z nami również nasza pisanka:)
W czasie, gdy pisanka uczestniczyła w sesji zdjęciowej, nasi panowie zajęli się przygotowaniem tradycyjnego australijskiego posiłku, czyli grilla :) Wspominaliśmy już, że przy każdej plaży są darmowe i ogólnodostępne grille i wczoraj postanowiliśmy z nich skorzystać :) Panowie bardzo ochoczo zajęli się przygotowywaniem posiłku, co zdziwiło panie obok. Zapytały one Sandrę "jak to zrobiłyście, że zagoniłyście swoich facetów do roboty?", podczas, gdy ich mężczyźni raczyli się obok smakołykami w formie płynnej i nie było im wcale po drodze ruszenie się do grilla :)
Po grillu pojechaliśmy do domu i rozmawialiśmy z naszymi najbliższymi na skype. Ale niestety, przyjemność ta nie trwała długo, bowiem na nazajutrz oboje szliśmy do pracy, więc musieliśmy dosyć wcześnie położyć się spać.
Lany Poniedziałek Wojtek rozpoczął od pobudki o 5 rano. Wyszykował się i pojechał do pracy. Lidka zaczynała pracę o 11, więc nie było tak źle. Po drodze spotkała Aborygenów, z których jeden (najstarszy) siedział na plastikowej skrzynce przykrytej skórami i...siedział (tzn. można było odpłatnie zrobić sobie z nim zdjęcie). Drugi z nich grał na Didgeridoo - czyli tradycyjnym aborygeńskim instrumencie, trzeci tańczył, a czwarty sprzedawał bumerangi, obrazy i malowane jajka :) Bumerangi były przepięknie zdobione, a obrazy... powalające! Co ciekawe, wydaje się nam, że co Aborygeni byli nawet prawdziwi, ponieważ byli rozłożeni na Cirqular Quay, czyli w legendarnym miejscu, w którym narodziła się Australia.
Lidka przesiadła się z pociągu na prom i podziwiała piękne widoki, racząc się kawą :)
Dzisiaj oboje mieliśmy mnóstwo pracy. W ZOO były dosłownie dzikie tłumy. Standardowo Lidka pracuje w restauracji, która wygląda tak:
Lidka chciała dzisiaj zrobić wreszcie zdjęcie z okna, żeby pokazać, dlaczego restauracja nazywa się "widok". Ale niestety nie było jej dane, co zostanie wyjaśnione za chwilę. W zamian za to, jest zdjęcie nie z okna, tylko z miejsca przed restauracją. Jeszcze mi się uda zrobić obiecane zdjęcie!
A dzisiaj obiecanego zdjęcia nie było, ponieważ... Lidka (po spędzeniu 20 min w restauracji) zajęła się uzupełnianiem braków w personelu, których w punktach gastronomicznych ZOO było dzisiaj wiele... To znaczy, że przez chwilę pracowała w budce z lodami z miłym Chińczykiem - Richardem, później robiła za magazyniera w Taroonga Food Market, czyli w miejscu, gdzie było milion klientów, a potem wylądowała na Fish Stopie, czyli w miejscu przyległym do restauracji, ale... gdzie serwuje się przede wszystkim fastfoodowe frytki z filetami rybnymi, kalmarami, paluszkami rybnymi, zimne napoje, kawę, przekąski itd. Ilość klientów była tak ogromna, że Lidka ledwo nadążała uzupełniać lodówkę z napojami... Podczas pracy udało nam się nawet spotkać. Wojtek przywiózł dostawę sałatek (przyjechał swoim meleksem).
W międzyczasie Lidce udało się zrobić zdjęcie pewnemu natrętnemu gościowi :) Ten oto ptaszek usilnie próbował wejść do restauracji, kręcąc się od wejścia do wejścia:)
Było naprawdę ciężko, jedna wielka zadyma, Wojtek dzisiaj miał dwa razy więcej pracy, a Lidka pracowała jak mały robocik. Dlatego po pracy postanowiła odwiedzić swoje ukochane wombaty! Oczywiście spały, ale zobaczcie jak ten mały stwór śmiesznie śpi. Ni to na plecach, ni to na boku, ciężko stwierdzić, ale na pewno słodko!
A tutaj już na brzuszku :)
W drodze na prom, Lidka odwiedziła też fokę. Widzieliście kiedyś śpiącą fokę?
Nadszedł czas pożegnania ze zwierzętami i Lidka wyruszyła w drogę do domu :) I tutaj przypomina nam się pewna anegdotka. Będąc we Wrocławiu, Wojtek zawsze pytał, którą Lidka wybiera trasę w drodze do domu - szybszą, czy widokową (czyli przez Rondo Regana, czy Wybrzeżem Wyspiańskiego). Teraz Lidka nie ma już takich dylematów, ponieważ trasa widokowa jest szybsza, a do tego niewiele droższa od trasy "zwykłej".
To był naprawdę długi dzień w pracy. Ale takie widoki rekompensują zmęczenie :)
I tak właśnie minęła nam Wielkanoc :)
Lidka & Wojtek


































ja chcę bumerang z Australii !!!!!!!!!!!!!
OdpowiedzUsuń