Coastal Walk, czyli długo wyczekiwana wycieczka po Royal National Park'u.
Wiele razy planowaliśmy powrót do Royal National Parku na wycieczkę po klifach. Niestety raz po raz plany psuła nam pogoda, bądź nagłe zmiany w grafiku.
W końcu, po ponad miesiącu od ostatniej wizyty w parku narodowym, udało się.
Wojtek rozpoczął wyprawę od swojej ulubionej czynności, jaką jest drzemka w transporcie publicznym ;) #siłatradycji
Po niemal godzinnej podróży pociągiem dojechaliśmy do portu na Cronulli i czekaliśmy na prom.
Australijscy uczniowie dopływający do szkoły promem. We wszystkich szkołach obowiązują mundurki.
Nikt nie jest perfekcyjny, oprócz kapitana :)
Godzina 9:00, ruszamy w drogę!
Ale najpierw drugie śniadanie na plaży Jibbon.
Lidka dopracowuje szczegóły wycieczki, dzięki mapie-ulotce znalezionej na promie. "Znowu zbierasz makulaturę?" - Wojtek już podejrzewał, że Lidka ma skłonności do zbieractwa. Jednak okazało się, że darmowa "makulatura" pozwoliła nam bezpiecznie poruszać się po trasie :)
A tu pierwsze trudności na drodze. Zawalone drzewa i rosnąca temperatura - w długich spodniach było już za ciepło.
Pierwszy punkt wycieczki - Jibbon Engravings, czyli Aborygeńskie rysunki na skale - sztuka sprzed 1000 lat.
Mimo, że znaleźliśmy tablice informacyjną, do samych rysunków pozostał nam jeszcze kawałek.
A tu Lidka z rysunkiem kangura na skale. W zasadzie wszystkie rysunki można było podziwiać z platformy biegnącej nad skałą, ale Lidka chcąc przejść na skróty, niespodziewanie znalazła się na tejże skale. Rysunków było więcej (wieloryb, płaszczka i człowiek). Niestety, zdjęcia wyszły bardzo niewyraźnie i nic na nich nie widać.
I dalsza droga przez krzaki i zawalone drzewa.
Lidka zafascynowana scenerią niczym z Harrego Pottera (czytanie wersji angielskiej idzie coraz szybciej ;)
Aż doszliśmy do Jibbon Head, czyli do początku szlaku Coastal Walk.
Niestety, zbyt szybko się ucieszyliśmy, że teraz to już droga po klifach. Jednak zanim doszliśmy do pierwszych skał czekała nas przeprawa przez błoto...
...krzaki (standard na wyznaczonych "szlakach". Czasami ciężko się domyślić czy się człowiek zgubił czy jeszcze idzie po szlaku)...
...długą piaszczystą drogę...
...z mrówkami wielkości kciuka...
...i znowu błoto.
Nareszcie prawdziwy początek szlaku po klifach.
Widoczki z prawej...
... i widoczki z lewej.
Po drodze można było znaleźliśmy takie znaki. Okazało się, że akurat odbywał się 5 - kilometrowy bieg trialowy. #specjalniedlaUli #pokażkanguromjaksiebiega
Jak dobrze się przyjrzycie, zobaczycie Lidke siedzącą na skraju klifu. Tak, było wysoko ;)
A tu Wojtek.
Idąc dalej napotkaliśmy na małą rzeczkę i mostek. W zasadzie nic nadzwyczajnego, ale jak powiedział Wojtek - skoro tutaj jest tak dużo wody, to musi gdzieś spadać!
Lidka: "Wojtek, zrób mi zdjęcia jak taka duża fala się rozbije o skały"
A to jak się kończą takie pomysły ;)
Lidka suszy się na skale.
A tak poważnie to Wedding Cake czyli tort weselny. Skała o tyle niesamowita, że wyrasta spomiędzy piaskowców a jest idealnie biała i gładka. Naprawdę przypomina tort, aż chciałoby się spróbować :) Lidka była zachwycona deserkiem :)
Selfie z Wedding Cake'a z widokiem na dalszą trasę.
A za cyplem z powyższego zdjęcia nadszedł czas na mały odpoczynek.
Kolejne selfie z widokiem na dalszą trasę. Co ciekawe, każdy jeden klif wydawał się być niesamowicie daleko. Jednak nieco ponad półgodzinnym marszu okazywało się, że już jesteśmy na miejscu.
Aby dojść do Mary Beach musieliśmy przeprawić się przez rzeczkę.
A na plaży jak to na plaży, załamujące się fale i piasek :)
Widok na Little Mary Beach, druga po Wattamoli najładniejsza plaża wycieczki...
...i maszerująca po niej Lidka.
A tu obie plaże daleko w tyle. Dalsza droga do Wattamoli prowadziła przez klify...
...krzaki (znowu :)...
...ładne widoczki
...znalazł się nawet krótki odcinek prawdziwej ścieżki...
... z pięknymi kwiatami (mimo panującej w Australii zimy ;)
...ale szybko zamienił się w ściśle nieokreśloną trasę po skałach. Kierunek szlaku określały jedynie od czasu do czasu postawione małe słupki. Trzeba przyznać, że bardzo udany sposób na wyznaczenie szlaku, nie psuły krajobrazu a spełniały swoją role (na zdjęciu widać jeden).
A na tym widać nawet dwa - nie tak łatwo je zobaczyć, prawda?
Jednak byłoby zbyt łatwo, gdyby szlak prowadził po skałach. Zaledwie kilkaset metrów dalej droga prowadziła z powrotem przez krzaki.
Więcej krzaków...
Znalazły się też skałki.
I kolejne wodospady :)
A tutaj cel naszej podróży, czyli Wattamola Beach.
Żeby wejść na plażę, należało przeprawić się przez rzeczkę. Niby płytko, niby niewielkie wyzwanie...
... a jednak! Wody po pas! Lidka postanowiła wybrać "najpłytsze miejsce". Niestety, trafiła na falę...
Panorama naszej docelowej plaży. Piękna plaża w zatoce. Ale nie było nam dane zbyt długo cieszyć się jej widokiem, ponieważ należało zadecydować "co dalej?". Otóż mieliśmy godzinę 14, czyli nieco ponad 3 godziny do zachodu słońca. Istniało niebezpieczeństwo, że nie zdążymy wrócić do Bundeeny przed zachodem słońca, a spacer w ciemnościach po skałach nie byłby bezpieczny. Zatem stanęliśmy przed wyborem - dzwonić do Ciastka, czy nie chciałby po nas przyjechać autem lub...
... zaryzykować i ruszyć w drogę powrotną.
Jeden z najpiękniejszych odcinków Coastal Walk'u, spacer przy samej krawędzi.
A teraz zagadka: co dziwnego jest na tym zdjęciu?
Otóż ten mały obiekt to wędkarz! Do tej pory zastanawiamy się, jak on się tam dostał i po co :)
Jedno jest pewne - nikt mu nie przeszkadzał w łowieniu :)
Jeszcze jedno zdjęcie na Wedding Cake'u
W drodze powrotnej przy wodospadzie, Wojtek postanowił podjąć się wyzwania i zapozować przy rozbijających się falach.
Co prawda, kosztowało go to powrotem w przemoczonych spodniach. Mówi, że było warto :)
Mała wspinaczka.
I z powrotem na balkonach. Mały odpoczynek i ostatnie spojrzenie na wybrzeże.
Selfie na którym dobrze widać z której strony świeciło słońce na Wojtka przez całą drogę powrotną :)
A na Bundeenie Lidka próbowała zakumplować się z kakadu, przekupując go ciasteczkiem. Niestety, nie udało się.
Widoczek z portu zaraz po przybyciu...
...i po 15 minutach od przyjścia do portu. Gdy tylko zaszło słońce, zrobiło się paskudnie zimno i w końcu przydały nam się czapki (za 3$ w Kmarcie :)
Łącznie wycieczka zajęła nam 8 godzin, zrobiliśmy 25km i 312 zdjęć. Była to zaledwie 1/3 całego szlaku wzdłuż wybrzeża Royal National Parku. Jak tylko uda nam się znaleźć wspólny wolny dzień, ruszamy na kolejną wyprawę!
Lidka&Wojtek



































































pięknie, ale te skały coś chybotliwie wyglądają, może lepiej nie stawać na krawędzi?
OdpowiedzUsuń